Strona 4 z 4

Faber est suae quisque fortunae – Rozdział II

: wt paź 09, 2018 5:17 pm
autor: Rajner

Ostatni post na poprzedniej stronie:

  Rajner kilka chwil kalkulował sobie wszystko w głowie. Ostatecznie się zgodził.
  Będę wdzięczny – odpowiedział w końcu, pewny swojej decyzji – I na pewno dłużny – dodał, domyślając się, że przyjdzie mu kiedyś w jakiś sposób się odpłacić przyszłemu szwagrowi, pieniędzmi lub oddaniem przysługi. Teraz jednak jedyne co się liczyło to uratowanie siostry – Znasz się na tym, więc na pewno masz swoje procedury, ale skoro mam Cię ubezpieczać, to będziesz musiał mi wszystko wytłumaczyć. Pamiętaj, że jestem tylko tępym osiłkiem.
  Chwilę później Rajner zadał jeszcze kilka podstawowych pytań: kiedy i gdzie. W dodatku chciał dopytać się o sprzęt w jaki powinien się wyposażyć. A jeśli już wszystko byłoby ustalone, a Kosiarz nadal nie poznałby pełnego motywu chłopaka, to na samym końcu spytałby o to wprost: Czego oczekiwał w zamian?

Faber est suae quisque fortunae – Rozdział II

: ndz paź 14, 2018 2:37 pm
autor: Ren
Narrator

  — Wszystko wytłumaczę po drodze. Na razie przygotuj się. W miarę szybko, zabierz najpotrzebniejsze rzeczy na podróż, konia, żywność, ubrania. O pierwszym brzasku spotkamy się przy bramie — przez chwilę najwyraźniej się nad czymś zastanawiał, bowiem milczał. Dopiero po chwili odchrząknął i kontynuował. — Kosy raczej są nietypową bronią. Lepiej będzie, jeśli nikt nas nie będzie wiązał akurat z tą, a nie inną personą. Poza tym parę osób może skojarzyć tę posturę i broń, a stąd łatwo o kolejne powiązania. Co prawda jest wojna, ale musisz przyznać, że lepiej będzie, jeśli nikt nas nie zauważy. Jeśli już to zrobi, trzeba zadbać, żeby nie pisnął ani słowa. Dlatego na początku najlepiej będzie próbować wcielić plan cichy. Jeśli to nie pójdzie po naszej myśli, zrobimy burdel z tego więzienia. Mimo wszystko, to twój wybór. Jeszcze jedno. Sprawdź, gdzie mieszka mąż twojej siostry, jeśli zależy ci także na jej nowej rodzinie. Poza tym może on wiedzieć coś przydatnego. Resztę powiem już za miastem — chłopak skinął głową i wyszedł z pokoju. Co Rajner mógl zauwazyć, nadal nie podał mu swojego imienia. Być może zawsze były ważniejsze sprawy na głowie, a być może po prostu celowo tego unikał. W każdym razie nie miał już tutaj raczej nic do roboty.
  Dzień Rajner spędził na przygotowaniach. Nie miał raczej problemów z zakupieniem bądź znalezieniem tego, co akurat chciał. Po załatwieniu wszystkich spraw i pożegnaniu się z rodziną (bądź nawet nie piśnięciu słówka o jego wyjeździe), nadszedł wieczór, a po nim – noc. Aby dojść do jedynej bramy w mieście należało przejść przez całą dzielnicę kupiecką i tę najbiedniejszą, toteż zajęło to dobre kilkanaście, jeśli nie ponad dwadzieścia minut. Na zewnątrz było szaro, co świadczyło o następującym niedługo wschodzie. Nawet niebo lekko się rumieniło na granicy widnokręgu, więc czas już nadchodził. Samą bramę otwierano za około godzinę, ale sądząc po chłopaku, pewno miał na to sposób.
  Stojąc i czekając na niego, Rajner usłyszał stukot końskich kopyt. Odwróciwszy się, ujrzał młodego Schultza, ubranego w dosyć dopasowane, ciemne ubrania. Nic u niego nie szeleściło ani brzękało. Jedynie koń parskał od czasu do czasu i głośno postukiwał o bruk. Jednak nim nastolatek zdążył się w jakikolwiek sposób odezwać, zaczęto donośnie krzyczeć na murach, a samą bramę natychmiast poczęto otwierać. Chłopak machnął ręką, żeby iść. Wtedy też do miasta na pędzącym koniu wpadł jakiś mężczyzna, szybko galopując koło nich, kierując się w głąb miasta. Schultz dosyć szybko wsiadł na konia i dając znak Rassowi, aby został na swoim miejscu, popędził w stronę strażników. Chwilę z nimi rozmawiał, coś jeszcze pokazując, a następnie machnął ręką na gladiatora, by ten ruszył za nim.
  Bramę zamknięto za ich plecami. Przed sobą mieli pustą połać, wydeptaną przez wozy i ludzi, zaś dalej Wielki Las, a za nim – Port Awos, kierunek ich podróży. Dopiero gdy zbliżali się do granicy drzew, szpieg się odezwał. — To był goniec. Pędził tak, jakby cała armia go goniła — westchnął cicho po tym. — Sądząc po zaaferowaniu strażników, szykuje się coś dużego. Może to i lepiej, że się stąd zmywamy... w każdym razie plan wygląda tak, że na początku jedziemy do tamtego szlachcica, każemy mu zmywać się stąd z dziećmi albo wysłać same dzieci do Endenbergu, a potem próbujemy dostać się do więzienia. Moglibyśmy w sumie się podszyć za strażników. Byłoby to proste, ale problematyczne zważając, że ciężko byłoby znaleźć strój na ciebie. Dalibyśmy może radę naprawdę zapisać się do straży i po prostu po skończonej warcie w strojach się tam przejść. Możemy też spróbować normalnie to zrobić, jako my. Generalnie ucieczka jednego więźnia narobi sporo rabanu i ciężko będzie w ogóle wyjść z więzienia, o mieście nie wspominając. Pokręcę się nieco i popytam tu i ówdzie, ale to nie będzie takie proste, ani dostanie się tam, ani wydostanie. W skrócie w strojach straży mielibyśmy więcej bezkrwawych możliwości, jako my, możemy to zrobić szybciej, ale nieco trudniej. Trzeba też wziąć pod uwagę, że nie wiadomo, jak długo będą ją tam trzymać. I dowiedzą się, a jak się dowiedzą, to lepiej być jak najdalej stąd. No dobra, ale może ty masz jakieś pomysły? W końcu przeżycie na arenie wymagało raczej czegoś więcej niż bycia tylko wielkim, tępym osiłkiem.

Faber est suae quisque fortunae – Rozdział II

: pn paź 29, 2018 11:43 pm
autor: Rajner
  Rajner zgodził się ze wszystkim co powiedział mu młody Schultz. Pożegnał się z nim i bez zbędnych ceregieli przystąpił do przygotowań. Służącą poprosił o jakieś ciemniejsze, niezbyt luźne, niewyróżniające się ciuchy. Bratu oznajmił, że wyrusza do Portu Awos porozmawiać z mężem pojmanej siostry, więc chciał poznać jego miejsce zamieszkania. Przygotował też sobie krótki, poręczny, standardowy miecz, który przypiął do pasa. Zabrał ze sobą torbę z lekkimi ubraniami na zmianę oraz dwoma rodzajami prowiantu: bardziej świeżym, do zjedzenia jeszcze w drodze oraz suchym, który mógł poczekać na konsumpcję dłużej. Wziął też trochę koron, na ewentualne wydatki. O wyznaczonej porze, gotowy wskoczył na konia i ruszył spotkać się z (nadal nieznanym z imienia) młodym Schultzem. Rass przywitał go skinięciem głową. Czekał na jego dalsze działania. Po zobaczeniu gońca zamyślił się. Prędkość z jaką gonił z informacjami nie wróżyła o nich dobrze. Miał tylko nadzieję, że nic się tu nie wydarzy pod jego nieobecność. Głowę zaczął zaprzątać sobie jednak czym innym. Młody Schultz wytłumaczył część planu, a Rajner musiał się do tego odnieść.
  Odwiedzimy Caiusa. Zmuszę go do ucieczki z miasta albo odesłania dzieci. Nie rozumiem dlaczego od razu tego nie zrobił – na twarzy pojawił mu się grymas zdradzający niechęć do (jak mu się wydawało) nieporadnego męża Ryksy – Może dowiem się też od niego czegoś więcej o mieście. Warto znać jakieś drogi ucieczki inne niż główna brama. Jeśli chodzi o samo więzienie, to podszycie się pod strażników jest dobrym pomysłem. Rekrutacja może potrwać za długo, a do skradania się raczej nie nadaję. Zastanawiałem się nad inną rzeczą. Nie chcemy aby nas rozpoznano, ale jeśli uratuję Ryksę, to sprawca włamu będzie dość oczywisty. Ale ona raczej nie siedzi tam sama, więźniów politycznych musi być więcej. Można po prostu otworzyć kilka cel więcej, ale nie mam zamiaru później zapewniać każdej osobie bezpiecznej ucieczki – zastanowił się chwilę nad czymś innym – No i w takim scenariuszu zapamiętają nas wyzwoleni. To tylko więcej świadków... Tak czy inaczej, jestem prawie pewien, że ktoś połączy fakty. Co o tym myślisz? Swoją drogą, często jesteś na tego typu wydarzeniach? Wyglądasz na bardzo młodego, a jednocześnie bardzo doświadczonego. A... Jak powinniśmy się do siebie zwracać?

Faber est suae quisque fortunae – Rozdział II

: pt lis 02, 2018 6:31 pm
autor: Ren
Narrator

  — Odwiedzenie tego Caiusa to wręcz nasz priorytet. Trzeba się dowiedzieć od niego jak najwięcej, o ile będzie skory do współpracy — Schultz skomentował pierwszy z pomysłów Rajnera. Konie poruszały się w miarę szybko, pokonując odległość między twierdzą a lasem i skracając ją znacznie. Sam chłopak zaś prychnął, słysząc dalsze słowa byłego gladiatora.— Jeśli nikt się nie dowie, jak się nazywasz, to nie grozi nam żadne większe niebezpieczeństwo. Uciekniemy z miasta, a jedyną poszlaką będzie co najwyżej fakt, że to słynny gladiator wzniecił małe zamieszanie w więzieniu. Oczywiście wyda się to podejrzane, że nikt nie zdołał uciec prócz jednego więźnia, a jeśli nie zabiją pozostałych uciekinierów, któryś czymś sypnie. To jednak wywoła spore zamieszanie. Tak czy siak jest wojna i raczej nikt nie zamierza podpisywać paktów pokojowych. Na twoim miejscu nie przejmowałbym się aż tak tym, że to ty za tym stałeś. Byłoby oczywiście milej, gdyby nikt o tym nie wiedział, ale nie oszukujmy się, żadne wyjście z sytuacji tego nie gwarantuje.
  Nad pasmem górskim, a jednocześnie miastem, niebo właśnie się różowiło. Było coraz jaśniej i prawdopodobnie niedługo rozpocznie się kolejny dzień. Chociaż trwała wojna i wszechobecne stały się oddziały krążące po mieście, nikt aż tak tego nie czuł. Dla ludzi z Endenbergu wojna trwała tylko między możnymi. Ich nie dotykała, przynajmniej jeszcze.
  — Możesz mi mówić Titus. I powiedzmy, że jestem adeptem działania zza kulis. Przynajmniej byłem, bo chcąc nie chcąc, trzeba było wybrać stronę. Mogłem zostać w stolicy albo ruszyć z ojcem, co było raczej proste. Jak mówiłem, polityka nie jest moją mocną stroną, więc kierowałem się w stronę bardziej praktycznej nauki. Ale wszystko runęło, podobno głowę naszego szefa znaleziono oddzieloną od jego ciała i zdecydowałem, że rodzina jest ważniejsza w tych przepychankach. Tak czy siak, dlaczego ty postanowiłeś wrócić do rodziny? Zawód gladiatora jest dosyć prestiżowy. Tłumy cię uwielbiały. Sam byłem na jednych czy dwóch igrzyskach z twoim udziałem.

Faber est suae quisque fortunae – Rozdział II

: czw lis 08, 2018 8:29 pm
autor: Rajner
  Rajner musiał się zgodzić z młodym Schultzem, faktycznie czegokolwiek by nie zrobili, każdy z planów miał jakieś wady. A po wojnie raczej nikt nie będzie pamiętał o jakiejś pojedynczej, głupiej ucieczce. Raczej. No ale konsekwencjami będzie się martwił później, teraz ważniejsze było zrobienie czegokolwiek. Titus (bo jak się okazało tak miało brzmieć imię nowego towarzysza) zdradził część swojej niedalekiej przeszłości, a że spytał o to samo Rajnera, to ten musiał mu odpowiedzieć.
  Jak sam powiedziałeś, rodzina jest ważniejsza – podsumował powód porzucenia zawodu gladiatora – Za wychowanie, dom, edukację, wsparcie jestem coś winien ojcu i rodzeństwu. Nie mogłem wiecznie siedzieć na arenie. Wolałem się przebranżowić zanim zbyt się zestarzeję na takie zabawy.
  Miał ochotę spytać Titusa o wrażenia z oglądanych walk Kosiarza, ale powstrzymał się. Z jakiegoś powodu wydawało mu się to niestosowne i egocentryczne. Skupił się za to na naturze, głównie na porannym powietrzu. Podobne, choć różniące się, towarzyszyło mu rozgrzewkom w Koloseum. Wtedy był zamknięty i uziemiony. Teraz siedział na koniu, w otwartej przestrzeni i, przynajmniej tak mu się zdawało, kierował teraz swoim losem.

Faber est suae quisque fortunae – Rozdział II

: czw lis 15, 2018 3:56 pm
autor: Ren
Narrator

  Titus pokiwał głową w zrozumieniu, ale milczał. Nie drążył dalej tematu, ani nie zaczynał nowego, tylko rozsiadł się wygodniej na koniu i w skupieniu jechał przed siebie, prowadząc w stronę Wielkiego Lasu. Rześkie powietrze nadciągającej wiosny wdzierało się do nozdrzy Rajnera, podobnie do chłodu, który odczuwał nawet pod ubraniami. Delikatne palce jutrzenki powoli zacierały ślady swej obecności na niebie, które z ciemnego granitu na zachodzie, szarości w zenicie i lazurowo-różowego odcienia na wschodzie robiło się powoli takie, jakie być powinno. Błękitne. Słońce powoli wstawało i nieśmiało wychylało się zza koron drzew Waldgrossen, jak nazywał się po altrachen ów las. Szykowała się ładna pogoda, chociaż między konarami i pączkami liści ciężko będzie ją podziwiać. Przynajmniej trakt będzie suchy, a oni sami nie zmokną, przynajmniej dzisiaj, sądząc po kilku leniwych chmurkach, które wędrowały wysoko po niebie.
  Wczesny poranek minął, kiedy mężczyźni przekroczyli pierwszą linię drzew. Natychmiast zrobiło się ciemniej, ale niezbyt ponuro. Szum gałęzi i trel ptaków siedzących ponad ich głowami nadawał swoistego spokoju lasu, w którym przecież rocznie gubią się dziesiątki ludzi, zjadane przez dzikie zwierzęta. Ale dopóki nie zejdzie się z traktu, można być względnie spokojnym o swoje życie.
  — Większą część lasu przejedziemy traktem. Dopiero na granicy zboczymy lekko, żeby ominąć potem patrole Orłów. Z tego, co mówiłeś, Caius ma posiadłość niedaleko miasta i w mieście. Warto tam zaglądnąć, jeśli nie będzie go tam, na pewno jakaś służba się tam kręci, a w ten sposób ominiemy tułaczki po mieście, szukając go w dzielnicy, w której dwójka podróżnych nie powinna się kręcić — Rajmund przekazał Rajnerowi kilka informacji o Caiusie, owszem. Jedną z nich było właśnie posiadanie willi w mieście i małego dworku poza nią. Oczywistym tutaj było to, że nawet jeśli nie siedzi on w owym dworku, ktoś musi dbać o niego w razie przyjazdu pana.
  Droga traktem minęła dosyć spokojnie. Mało było podróżnych i kupców, głównie ze względu na toczącą się wojnę. Nikt im nie przeszkadzał w podróży, a jedynie piątego dnia rozpadało się porządnie i obydwaj zmokli do suchej nitki. Także pierwszego wieczoru Schultz podarował byłemu gladiatorowi złożony łuk i kołczan ze strzałami. Miał podobny. Tłumaczył to tym, że ma to być ich przykrywka, jeśli Orły złapią ich w gęstym lesie. Będą myśliwymi, którzy zapuścili się nie w te rejony, co trzeba. Kazał więc naciągnąć cięciwę na łuk, przypiąć kołczan do pasa i założyć broń na plecy. Sam zrobił to samo.
  Siódmego dnia Titus kazał zboczyć im z traktu. To był swoisty znak, że zbliżają się do dzielnicy Portu Awös i do granicy Wielkiego Lasu. O ile na samej wytyczonej przez wozy i wędrowców ścieżce było prosto się poruszać, tak przedzierając się przez podszycie, klucząc między krzakami i drzewami, łatwo nie było, co więcej, zeszło im to dłużej, niż gdyby zdecydowali się na otwarte poruszanie się traktem. Przez to droga była dłuższa i musieli zrobić sobie nocny postój. Titus nie pozwolił już na ogień, który mógłby ściągnąć niepotrzebną uwagę Orłów. Było więc zimno, ciemno, a gdzieś w duchu ciągle tlił się niepokój, że mogą zostać złapani.
  Rajner i Titus musieli teraz ustanowić warty. Pierwsza była Rassa, a kiedy ten po północy poszedł spać, nie zaznał zbytnio spokoju. Obudził go godzinę później chłopak, ledwo zauważalny w całkowitej ciemności. — Wstawaj, natychmiast — syknął, potrząsając nim ciągle. Do jego uszu doszło nerwowe rżenie koni uwiązanych do drzew oraz wycie w ciemności. Wycie kilku zwierząt naraz. Wystarczająco blisko, by zwęszyć łatwy łup, jakim byli wędrowcy oraz ich konie. Titus nie czekał na to, aż Rajner wstanie, tylko od razu zajął się odwiązywaniem swojego konia. Wtedy też coś poruszyło się przed Rassem, a za plecami zdenerwowanego Schultza. Za jego samymi plecami usłyszał warknięcie, zaś koń zarżał głośno, panicznie wręcz.