"Pierwsze dwa tygodnie wojny były ciche. Żadnych walk, żadnych przemarszów wojsk. Każdy siedział na swoim miejscu i liczył siły, sprawdzał stan wojsk, uzbrajał się w cierpliwość i miecze. [...]"
Przeczytaj o dalszych losach wojny domowej w Waldgrossen.

Vrlika

Gdy tylko twoja Karta Postaci zostanie zaakceptowana – trafisz tutaj. Ten dział to miejsce, w którym toczą się wszystkie aktualne rozgrywki.
Awatar użytkownika
Eirlys
Administrator
Posty: 104

ndz maja 27, 2018 6:51 pm  

Ostatni post na poprzedniej stronie:

Narrator

  Sechmann władczym krokiem przemierzał wioskę, nie robiąc sobie wiele z paplaniny jej mieszkańców. Nie martwił się, że ludzie tu go nie lubią, a zamiast zająć się czymś pożytecznym plotkują na jego temat, tworząc już jakieś dziwaczne teorie, przerastające nawet najbardziej kuriozalne pomysły Egzarchy na temat tajemniczego mordercy. Zamiast tego mężczyzna znów pogrążył się w rozmyślaniach, które – co nie mogło dziwić w tym miejscu – nie były zbyt optymistyczne. Matka Juny zdawała się mieć rację, nikt nie może obwiniać syna o błędy ojca. A z drugiej strony, istoty tak długowieczne jak Pierwsi mają dobrą pamięć, a i niespieszno im jest z zemstą. Tak jak i starszyźnie niespieszno jest oficjalnie przyznać się do porażki i zacząć w końcu działać…
  Vitav odnalazł wreszcie domostwo Janika, a właściwie rudera, w której rzekomo mieszkał. Chałupa była tak zniszczona i biedna, że przy niej Riedl mógł uchodzić za pana na włościach, a to mówiło bardzo wiele. Przy czym zabawnym było, że bieda drwala była taką ujmą dla Juny, a nędza stolarza nie przeszkadzała w tym, by tak zachwycać się owym mężczyzną. Egzarcha jednak nie rozmieniał się na drobne i nie rozmyślał nad ową materią, zamiast tego zwrócił się do brodacza. Gdy mężczyzna w końcu na niego spojrzał, Krtań zyskał nowy powód do zastanawiania się – czemuż to wszyscy wyrzekają na pijaństwo Holgera, a on sam pije samotnie, gdy tu, w wiosce, mieszka kolejny alkoholik? Rudzielec wyglądał tak, jak każdy człek po przepiciu, które trwało co najmniej tygodnie. Oczy przekrwione, tak że ledwo widać było choćby i kawałek białka w tej siatce żył. Twarz opuchnięta i niekształtna. Na wielkim nosie widać było nabrzmiałe żyły. Ale najbardziej decydującymi elementami jego fizyczności było mętne spojrzenie, oddech cuchnący przetrawionym alkoholem i seplenienie, które Vitav nieomylnie wyłapał pomimo tego, że mężczyzna usiłował je ukryć, gdy odpowiadał tak władczej personie.
  – Ano, zaraz zawołam tego huncwota, niech jeno tylko deskę zhebluje. A co, panie, wprowadziliście się niedawno i chcieliście meble sobie nowiutkie sprawić? A to dobrze trafiliście, najlepsze ceny w wiosce, najlepsza obsługa. Moi synowie to najlepsi stolarze w mieście, sam żem ich wyszkolił –rzekł wieśniak, wstając z ławki. Zachwiał się przy tym i gdyby nie to, że zdołał się chwycić framugi drzwi, jego twarz z pewnością zanurzyłaby się w udeptanym śniegu. Mężczyzna jednak nic sobie z tego nie robił, wesoło nawet zaśpiewał fragment jakiejś przyśpiewki, której słowa prawdopodobnie zmyślił na poczekaniu. Otworzył drzwi i zostawiając je otwarte na oścież, wszedł do środka. Z wnętrza do nosa Sechmanna doleciał ten szczególny zapach, jaki panuje w mieszkaniach ludzi, którzy nie przepadają ani za ideą wietrzeni, ani mycia, ani też prania. Vitav musiał zdecydować, czy potraktować otwarcie drzwi jako zaproszenie a także czy da radę wytrzymać ową woń, czy też nie jest aż tak żądny odpowiedzi na swoje pytania.
Ilość słów: 545

Awatar użytkownika
Vitav
Administrator
Posty: 223
Miano: Vitav Sechmann
Pochodzenie: Królestwo Waldgrossen
Karta Postaci: http://novrahi.pl/viewtopic.php?f=14&t=149
Narrator: Eirlys
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 17/17
Korony: 47
Szylingi: 0
Pensy: 0

ndz maja 27, 2018 7:12 pm  

  Stary pijak, a właściwie to jego pijacka morda, wywoływała wyjątkowy niesmak. Nawet w oczach Sechmanna, który sam przecież do najprzystojniejszych nie należał. Przekrwione oczy tylko pokazywały w jak tragicznym stanie obecnie był ten Vrlikan, a nie można też było przeoczyć nabrzmiałego nosa, na którym aż wyrosła żyła. Vitav mógłby przysiąc, że po raz pierwszy coś takiego widzi w swoim – całkiem już długim – życiu. Nie wykrzywił jednak ust, nie chciał zrazić do siebie, jak się teraz dowiedział, ojca Janika. Tym bardziej, że ten zadeklarował się, że zaraz przyprowadzi syna. Bez żadnych obiekcji. Toteż Egzarcha jedynie w myślach sklął na widok tak upodlonej istoty ludzkiej, przyglądając się temu jak człek ten się właśnie zatacza i próbuje wejść do wnętrza swego domostwa. W tym, zdaje się, amoku zaczął nawet coś podśpiewywać pod nosem, ale wysłannik Initium całkiem to zignorował. Po prostu nie chciał już zaprzątać sobie głowy głupotami, miał ważniejsze rzeczy do zrobienia, niż poznawanie przyśpiewek popularnych we Vrlice oraz ogólne zgłębianie folkloru wyjątkowo nieprzyjaznej dla obcych osady. Zresztą, gdyby coś poszło nie tak, to po samej osadzie niebawem i tak pozostałyby jedynie budynki, a we framugach ich drzwi wiszące ciała pozbawione serc.
  Pijak pozostawił za sobą otwarte drzwi i nie wracał już krótką chwilę. Smród który wydobył się z wnętrza poniekąd już zmusił Vitava do skrzywienia kącików ust w wyjątkowo nieprzyjaznym grymasie. Podrapał się po brodzie, zastanowił chwilę i wkroczył do środka. Początkowo wahał się czy dobrym pomysłem będzie tak po prostu wkroczenie do czyjegoś domu, czy tak pozostawione drzwi są zaproszeniem, czy może po prostu rudy brodacz pozostawił je rozpostarte na oścież, bo tak. Bo był zbyt pijany, bo miał za małe stężenie krwi w alkoholu i nie myślał co robi. No, może trochę jednak myślał, bo o zaoferowaniu usług stolarskich to pamiętał. Ostatecznie Sechmann zdecydował się wejść – mając mimo wszystko oczy dookoła głowy. Przyglądał się dokładnie otoczeniu, temu czy ktoś przypadkiem nie chce wyskoczyć na niego zza rogu. We Vrlice nikt go nie znał, wszyscy mieliby głęboko w poważaniu losy jakiegoś, jak to przed chwilą go nazwali, przybłędy.
Ilość słów: 408

Awatar użytkownika
Eirlys
Administrator
Posty: 104

ndz maja 27, 2018 8:55 pm  

Narrator

  Sechmann może i nie raz miał okazje widzieć pijaków w swym życiu – choćby Riedla, którego zna już kilka dni, a który do pięknych nie należy – mimo to jednak twarz nieznajomego wydawała się dla niego wyjątkowo obrzydliwa. Szczęście, że chociaż częściowo przysłaniała ją bujna broda. Jednak Egzarcha przyszedł tu nie po to, by podziwiać lub wybrzydzać nad wyglądem mężczyzn zamieszkujących w wiosce. Miał w głowie jasny cel, toteż nie bawiąc się w ceregiele, zażyczył sobie widzenia z Janikiem. O dziwo, poznany właśnie Vrlikanin pomimo oparów alkoholu był skłonny spełnić owo życzenie. Ruszył nawet prędkim, nieco chwiejnym krokiem do wnętrza. Gdyby każdy mieszkaniec wykazywał tak obywatelską postawę, Vitav może szybciej dowiedziałby się czegoś konkretnego. Albo nauczył lokalnych przyśpiewek, chociaż do tego ostatniego po dzisiejszym odczytywaniu wiersza-groźby nie miał głowy. Kogo obchodzi folklor osady, która niedługo może stracić wszystkich swoich mieszkańców? Na pewno nie Kinkengardczyka, on nie miał zamiłowania do etnografią wymarłych wiosek. Co innego, jeśli ktoś chciałby się dowiedzieć, czemu właściwie owe wioski wymarły…
  Owo zainteresowanie Sechmanna doprowadziło go do rudery będącej chałupą stolarza, a także skłoniło do tego, by zignorować zaduch i smród, jaki panowały wewnątrz, po czym podążyć za pijakiem. Mężczyzna znalazł się w ciasnym przedsionku, z którego już można było przejść do dwóch pomieszczeń. Jednym z nich była kuchnia, gdzie krzątała się przysadzista niewiasta odziana w czepek i przykrótką podomkę, zajęta przygotowywaniem obiadu, co można było dostrzec przez uchylone drzwi. Drugim pomieszczeniem był warsztat, gdzie też udał się zapijaczony brodacz. Rozmawiał właśnie z krzepkim jeszcze, również brodatym mężczyzną, który właśnie odkładał na bok piłę i zdmuchiwał wióry. Zamiataniem wiórów zajmował się pryszczaty wyrostek o wyłupiastych, rybich oczach i grubych, mięsistych wargach. Był przy tym tak szczupły, a jego włosy ogniście rude, że Sechmann miał wrażenie, jakby patrzył na ożywioną karykaturę człowieka, nabazgraną byle jak przez jakiegoś złośliwego artystę. Jedno było pewne – jeśli ta rodzina dostała jakiś przydział na urodę, to całą jej pulę zagarnął brodacz, który zapewne był Janikiem. Jego włosy były brązowe, tak jak i włosy Juny, błękitne oczy otaczały gęste, ciemne brwi, a majestatyczna broda nie zdawała się być pretekstem do zakrycia twarzy. Nie był jednak zatrważająco piękny – ot, zwykły mężczyzna, na którego widok nikt nie czuje potrzeby odwracania się. Miał przy tym pewien mankament – jak na tak umięśnionego młodzieńca, był dość niski. Jego ojciec górował nad nim o pół głowy, a przecież nie był nawet wyprostowany, gdyż jego stan nie pozwalał mu na utrzymanie pełnego pionu. Jeśli chodzi o Sechmanna natomiast, to sięgał mu ledwie do piersi.
  – Ojciec mówi, że chce pan zamówić u nas meble do swojego domu. Nie wiedziałem, że ktoś nowy u nas zawitał. Nazywam się Janik Jonasson. – Rzekł po prostu, wyciągnąwszy prawą rękę na przywitanie. W żaden sposób nie dał odczuć, że nie czuje się komfortowo, gdy górował nad nim ten nieznajomy, posępny mężczyzna z mieczem u boku. Wręcz przeciwnie, przyglądał się Krtani badawczo, z zainteresowaniem, jak dziecko, które poznaje wujka, o którym rodzice mówili, że da mu prezent.
Ilość słów: 618

Awatar użytkownika
Vitav
Administrator
Posty: 223
Miano: Vitav Sechmann
Pochodzenie: Królestwo Waldgrossen
Karta Postaci: http://novrahi.pl/viewtopic.php?f=14&t=149
Narrator: Eirlys
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 17/17
Korony: 47
Szylingi: 0
Pensy: 0

pn maja 28, 2018 4:01 pm  

  Przekraczając próg domostwa pijaczyny, Sechmann naraził swoje powonienie na niemal trwałe uszkodzenia. Smród, a wręcz odór, solidnie uderzył w jego nozdrza, sprawiając, że rosły mężczyzna aż kichnął. Przetarł bez pardonu nos i rzucił kątem oka do pomieszczenia, które zdawało się być kuchnią. W tej zaś urzędowała ona, kobieta co to wzięła na swe barki ciężar bycia żoną brodatego, cuchnącego capa. Cóż, Vitav i tak wychodził z założenia, że "swój do swego ciągnie", to i nawet nie chciał kobiecie współczuć przez choćby ułamek sekundy. Tutaj znów w grę wchodziła pewna ludowa mądrość o konsekwencjach własnych czynów. I te właśnie widać było na każdym kroku, w każdym życiu, w każdym miejscu na całym Everoldzie. Ostatecznie więc zignorował ten – raczej tuzinkowy i zaiste nieinteresujący – widok, przechodząc dalej.
  Kolejny pokój zdawał się być przeznaczony właśnie na warsztat. Kreatura, która tam Sechmann zobaczył, stała na granicy między obrzydlistwem, a ohydztwem, będąc doskonałym łącznikiem tych dwóch – zdawałoby się – słów o takim samym znaczeniu. A jednakowe znaczenie byłoby wątpliwe w tym wypadku dlatego, że ten kto zobaczył, prawdopodobnie, brata Janika od razu pomyślałby o tych dwóch słowach. Jakby były czymś zupełnie różnym. W pewnym momencie Vitav pozwolił sobie nawet na mały żart – we własnych myślach, rzecz jasna – którego puentą było to, że tutejsi "samobójcy" to nieszczęśnicy, którzy mieli wątpliwą przyjemność narazić swoje oczy na widok twarzy syna pijaka.
  Spoglądając jednak na Janika, Egzarcha miał wrażenie, jakby chłopak nie był z tej rodziny. Albo jakby zgarnął wszystkie najlepsze geny w loterii, a reszcie pozostawił odpady, śmieci, najgorsze z możliwych cech. Koniec końców Sechmann nie miał okazji długo nad tym porozmyślać, bo chłopak wyszedł do niego i zagaił, w taki sposób jakiego mężczyzna się spodziewał. Syn Roderyka szybko naprostował drobne nieporozumienie, by przejść do konkretów.
  Nic dziwnego, chłopcze. Gdybym się tu sprowadził, to pewnie już byś o mnie słyszał, przynajmniej bacząc na to jak szybko plotki się w tej waszej Vrlice roznoszą — Rzekł. — W każdym razie nie przyszedłem tu zamówić mebli, ani nic podobnego. Interesuje mnie bardziej historia waszej osady, dawne zwyczaje i tradycje. Juna oraz jej matka, Krista, powiedziały, że najlepiej przyjść z tym do ciebie — Dodał, zakładając rękę na rękę i spoglądając dociekliwie na niskiego młodzieńca. — Zacznijmy może od tego, jak wyglądały nacięcia na ciałach dzieci i czy ich ciała także pozbawione były serc? — Walnął prosto z mostu, ściszając jednak nieco przy tym głos. Nie chciał, żeby ktoś inny prócz Janika usłyszał te słowa. W razie wyraźnej niechęci do rozmowy ze strony chłoptasia, Vitav wymownie poklepał sakiewkę, w której pobrzękiwały złote korony.
Ilość słów: 532

Awatar użytkownika
Eirlys
Administrator
Posty: 104

śr maja 30, 2018 11:29 am  

Narrator

  Sechmann wstrzymał oddech i wszedł do domu stolarza. Rozglądał się przy tym uważnie, nic jednak nie zwróciło jego uwagi – ot, chałupa jak chałupa. W środku nie wyglądała aż tak nędznie, jak by się mogło zdawać po jej fasadzie, bardziej przypominającej kurnik niż ludzkie mieszkanie. Oczywiście wciąż nie dostawała do pięt domostwu Juny, ale przynajmniej, pomijając zaduch i smród, nie była aż tak odrzucająca. Co innego młodszy brat Janika. Tutaj Vitav miał wrażenie, że w porównaniu do niego jest piękny niczym heros ze starych bajań. Egzarcha jednak nie przyszedł tutaj po to, aby się dowartościować bądź wyleczyć z nieistniejących kompleksów. Miał w głowie jasny cel i dlatego, gdy poznał w końcu tajemniczego stolarza-barda, nie dał się zaskoczyć zaskakująco normalnym wyglądem mężczyzny. Cóż, przeciętna dość uroda Janika jaśniała na tle niepięknej rodziny, ale kto by się zbyt długo rozwlekał nad dziwnymi zrządzeniami losu, które przypominają w istocie okrutne żarty Onych? Krtań toteż nie rozmieniał się na drobne i szybko przeszedł do sedna, uprzednio naprostowawszy błąd, w jaki wprowadził młodzieńca jego zapijaczony ojciec. Uszczypliwa uwaga na temat plotkarskich zamiłowań mieszkańców Vrliki wywołała szyderczy uśmiech na twarzy brodacza. W tym momencie Sechmann już wiedział, że nie musi mówić nic więcej na temat swojej bytności w wiosce, jego rozmówca już poznał wszelkie możliwe wersje. Wydawał się przy tym bardzo pewny siebie i dopiero gdy Krtań rozpoczął właściwe przesłuchanie, starł się ten wyraz samozadowolenia. Brodacz spojrzał spłoszony na swego ojca, który udawał, że ocenia jego dotychczasową pracę. Potem na brata, który niby to z dokładności zaczął zbierać ostatnie już trociny jedna po drugiej w swe sękate ręce o długich, powykrzywianych palcach. W końcu spojrzał na Sechmanna i pozornie beztroskim, pogodnym głosem odpowiedział:
  – Cieszy mnie, że przybysz z tak daleka jest zainteresowany historią Vrliki. A bo i jest czym, zapewniam. Proszę też pozdrowić szanowną Kristę i jej uroczą córkę oraz podziękować im za ich uznanie dla mojej pracy w poszukiwaniu wiedzy o naszej przeszłości. Szacowne to damy, wiele to dla mnie znaczy. –Brodacz raz jeszcze zerknął przez ramię i dodał: – Ale, co będziemy tak gadać po próżnicy. W moim pokoju mam wszystko spisane, oczywiście i tak chętnie odpowiem na wszelkie pytania… Jak już się okaże, że moje zapiski nie są wystarczające…
  Co mówiąc dalej poprowadził Vitava z powrotem do przedsionka, a stamtąd do kuchni. Janik przywitał się krótko z matką jak ze służącą i przeszedł do dalszych pomieszczeń. W końcu obaj mężczyźni znaleźli się w ciasnej klitce, gdzie z trudem mieściła się skrzynia, stół i łóżko. Szczęście miał zaiste brodacz, że jest taki niski, gdyż nie było w jego pokoju miejsca na dłuższe łoże. Nie było jednak mu trudno znaleźć wolnego kawałka ściany czy też nawet sufitu – w wielu miejscach Janik porozwieszał szkice. Wiele z nich przedstawiało jedynie drzewa i budynki, z których część była już znajoma Sechmannowi. Znać było po rysunkach, że z czasem ręka artysty stała się pewniejsza. Rozwój wieńczył portret dziewczyny, która usiłuje zasłonić twarz kapturem. I owa niewiasta wydała się Krtani już znana – o ile się nie mylił, była to Juna. Niezbyt wprawnie oddano proporcje jej twarzy, ale kształt migdałowych oczu i pełnych ust były tak bliskie oryginałowi, jakby to właśnie one najbardziej zapadły w pamięć rysownikowi.
  – Oto moje królestwo. Prawdę mówiąc, wcale tak wiele nie spisałem. Po prostu nie chciałem, aby brat i ojciec wypominali mi później, że moje zainteresowanie dziejami Vrliki odciąga od nas klientów albo przyciąga niebezpiecznych… ludzi –dokończył niezręcznie, zapewne chcąc użyć o wiele cięższego określenia. – A więc, od początku. Mam opisać wszystko, co wiem na temat dawnego składania ofiar, tak? W obu wersjach, czy może tylko tej, jakiej nie przekazują już dzieciom?
Ilość słów: 730

Awatar użytkownika
Vitav
Administrator
Posty: 223
Miano: Vitav Sechmann
Pochodzenie: Królestwo Waldgrossen
Karta Postaci: http://novrahi.pl/viewtopic.php?f=14&t=149
Narrator: Eirlys
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 17/17
Korony: 47
Szylingi: 0
Pensy: 0

śr maja 30, 2018 3:00 pm  

  Mimo tego, że wnętrze budynku prezentowało się nieco lepiej, niż to co widać było z zewnątrz – i co pomyśleć mógł sobie byle włóczęga przemierzający te okolice, zakładając oczywiście, że tacy się trafiali – nadal wydawał się być ubogi, wręcz biedny. Przynajmniej w porównaniu z domostwem, w którym jeszcze chwilę temu gościł. Krtań nie przykładał jednak większej wagi do szczegółów, unikał wpatrywania się w ściany i meble, jego interesowała jedna rzecz, a właściwie to osoba – Janik.
  Młody chłopak odpowiedział jedynie szyderczym uśmiechem na zarzuty Vitava. Uszy brązowowłosego zapewne doznały już brzmienia setek teorii na temat tego, co robić tutaj może "ten rosły przybłęda, co z mieczem się szwenda". Aż strach jakie plotki zasieją Vrlikanie po jego dzisiejszej wizycie u Kristy? No ale kto by się tym przejmował, ważniejsze rzeczy nagliły.
  Spojrzał więc raz jeszcze na lico Janika, w myślach nieco się ucieszył widząc schodzący z niego uśmieszek, a w końcu i sam się odezwał nie chcąc dłużej utrzymywać chłopaka w niepewności. Już wystarczająco szukał wzrokiem swego ojca i jego reakcji na słowa wypowiedziane przez Vitava. A rzekłby Egzarcha, że starał się mówić na tyle cicho, by sam młokos te kilka zdań usłyszał. Najwidoczniej jednak dźwięk dość dobrze niósł się po chałupie – i to pewnie była jedna z jej niewielu zalet, bądź wielu wad. W zależności od punktu widzenia.
  Nie omieszkam przekazać obu kobietom twoich pozdrowień. I chyba rzadko gościcie tu obcych, to nie dziwota, że się zainteresowałem. Szczególnie w tych okolicznościach. Ale masz rację, to nie rozmowa do przeprowadzenia na korytarzu, chłopcze. Prowadź więc — Odparł i ruszył pewnym krokiem tuż za Janikiem. Po drodze przejść musieli przez kuchnię, gdzie urzędowała matula całej tej dziwacznej gromadki zajmującej się stolarstwem. Z czystej grzeczności skinął jej głową, nie odzywając się jednak ani słowem.
  Krótką chwilę po tym znajdowali się już w ciasnym pomieszczeniu, które brązowowłosy nazywał swoim pokojem. Stół, krótkie łóżko i skrzynia na co bardziej osobiste przedmioty. Tak opisane wnętrze mogłoby wydawać się biedne, gdyby nie wejście w szczegóły – ściany obwieszone rysunkami, walające się tu i ówdzie notatki, oraz wiszący w niemal centralnym miejscu obraz przedstawiający młodą kobietę, która najwyraźniej chciała się skryć pod kapturem przed czyimś wzrokiem. Może i portret nie był najwyższych lotów, ale przyznać trzeba było, że oczy, jak i usta oddane zostały jeden do jednego, jak żywe. Dusza romantyka, jak nic.
  Ładne malowidło — Powiedział spoglądając na ów dzieło i powoli przesuwając wzrokiem ku górze. Gdy gałki oczne Sechmanna spotkały się z widokiem sufitu, mężczyzna przez chwilę wydawać się mógł zadziwiony. Pomyśleć, że jak ktoś chce, to nawet i powałę zagospodaruje. Szybko się jednak z tego otrząsnął i kontynuował. — Do złudzenia przypomina córkę Kristy. No, ale nie o tym chciałem rozmawiać — Dodał, dając chłopakowi chwilę na odpowiedź i własne pytania dotyczące tego, czego właściwie Vitav chce się dowiedzieć. Odpowiedź usłyszał szybko.
  Najchętniej usłyszę obie wersje, opisane szczegółowo. Jak już zresztą wcześniej mówiłem, interesują mnie głównie nacięcia na klatkach piersiowych dzieci i tego czy serca pozostawały na miejscu — Zamilkł na moment, szukając wzrokiem jakiegoś wolnego miejsca na ścianie, żeby się o nią oprzeć. — No i jeszcze niektórzy mawiają, że sporo się po zmroku po wiosce pałętasz. Nic podejrzanego nie widziałeś? Żadnej błękitno lub bladolicej kreatury nie widziałeś? Takiej co by się jej oczy żywym szkarłatem jarzyły? — Zapytał. — Swoją drogą to dziwne, że tak umiejętnie unikasz tego waszego mordercy, no ale to mnie nie do końca interesuje, przynajmniej na razie. A teraz z zaciekawieniem wysłucham dokładniejszych opisów waszych dawnych rytuałów — Dokończył i dał w końcu chłopakowi dojść do głosu. Może i z tym ostatnim był nieco zbyt bezpośredni, ale czasami lepiej wyłożyć karty na stół od razu. Zresztą Vitavowi po głowie zaczęły chodzić kolejne przypuszczenia, ale żeby w ogóle dopuścić je do zbioru "prawdziwe" musiał najpierw dowiedzieć się paru rzeczy o przeprowadzanych to rytuałach. Jeśli to szkaradztwo, któremu składali ofiary oporządzało tak jedynie ludzi z wioski, to kto zajął się poborcą podatkowym i jego córką o lekkich obyczajach?
Ilość słów: 802

Awatar użytkownika
Eirlys
Administrator
Posty: 104

sob cze 02, 2018 12:35 pm  

Narrator

  Dni spędzone we Vrlice nauczyły Sechmanna bezbłędnie odczytywać zachowania jej mieszkańców a także odrzucać niepotrzebne pozory i skupiać uwagę tylko na najważniejszych aspektach. Toteż w chacie stolarza nie przyglądał się meblom, próbując na ich podstawie wysnuć teorie na temat charakteru domowników. Wiedział, że nie to jest jego celem, zamiast tego uważnie obserwował zachowanie Janika. Gdy chłopak skrzywił się szyderczo, Vitav wiedział już, co może być przyczyną owej drwiny – plotkarskie zacięcie wieśniaków, którzy paplając zabijali czas w tej ponurej wiosce. Nie przejął się więc tym zbytnio, czekał cierpliwie na odpowiedzi na swoje pytania… które odwlekły się w czasie, ale chyba tylko z pożytkiem dla detektywa-amatora. Nie chciał przecież, aby brodacz zataił jakieś ważne informacje tylko dlatego, że całej jego przemowie przysłuchiwali się jego krewni. Sechmann odpowiedział więc z niezwykłą kurtuazją na pochwalną wypowiedź młodzika o Junie i jej szacownej matce, zanotowawszy w pamięci służalczy podziw, jaki dało się wyczuć u Janika. Chłopak zdawał się być zadowolony z odpowiedzi mężczyzny i zaraz potem obaj przeszli przez kolejne izby, aż w końcu znaleźli się w maleńkim pokoiku, po brzegi wypełnionym papierzyskami. Wnętrze wydawało się całkiem przytulne dzięki wszechobecnym szkicom, a co ważniejsze, po chwili Krtań zorientował się, że zapach w pomieszczeniu był o wiele przyjemniejszy niż w reszcie domu. Zostało to osiągnięte dzięki temu, że nieszczelne okno zostało otwarte i zabezpieczone drewnianą skrzynką zajmującą pół parapetu, aby nagły zryw wiatru nie zatrzasnął okiennic. Oczywiście przez to pokoik był kurewsko zimny, ale czego się nie robi za cenę odrobiny czystego powietrza?
  Sechmann rozejrzał się po pomieszczeniu. Tym razem nie musiał bawić się w pseudofilozoficzne rozważania, aby rozgryźć naturę właściciela pokoju. Już na pierwszy rzut oka widać było, że stolarz pragnący zostać bardem miał w sobie duszę artysty. Rysunki może i nie były wybitne, ale i w takiej wiosze jak ta trudno znaleźć dobrego nauczyciela. Kto wie, może w Kinkenkardzie Janik zostałby artystą? Trudno jednak powiedzieć, czy udałoby się to bez jego muzy. Po chwili Krtań dostrzegł, że poza głównym portretem znaleźć można było też kilka skromnych szkiców dziewczyny. Gdy jednak mężczyzna pochwalił obraz, Janik się speszył. Podziękował nieskładnie i zaczął mówić coś o tym, że lubi sobie porysować dla zabicia czasu. Gdy Vitav zwrócił uwagę na podobieństwo do córki właścicielki sklepu, chłopak zdawał się być jeszcze bardziej skrępowany. Jednak Egzarcha nie przyszedł tu po to, by drążyć na temat jego uczuć do młódki, toteż nie ciągnął tematu, a zamiast tego zajął się celem swej wizyty. Stolarz zamyślił się, po czym zaczął odpowiadać. Owa historia zajęła chwilę czasu, w trakcie którego znów zaczął sypać śnieg. Z początku płatki były niewielki i niezbyt liczne, w końcu jednak Janik musiał wstać i sprzątnąć papiery ze stołu, aby wpadający do środka wraz z wiatrem śnieg ich nie przemoczył. Przy okazji oddał Vitavowi dwie karty zapisane w sanctinie schludnym, zwartym pismem.
  – Zacznę więc może od początku, a najpierw poznałem tę ułagodzoną wersję. Żadna z legend nie podaje dokładnie, kiedy właściwie powstała Vrlika. Obie wersje mówią, że nasi dzielni przodkowie wędrowali po całym kontynencie, aż dotarli tutaj. Początkowo przemierzali Biały Las tylko po to, aby przejść dalej, do kolejnych krain, gdzie roślinność rośnie bujnie, a pory roku mijają tak, jak wszędzie indziej. Ale gdy znaleźli się przy strumieniu, w tym samym miejscu, gdzie Riedl zrobił odnogę do tej swojej wyspy – a wiem to stąd, że każda legenda dokładnie owo miejsce opisywała – spotkali wysłannika Onych. Była to postać utkana z mgły i mroku, o niesprecyzowanym kształcie i konturze, ale górująca nad ludźmi. Czuć było od niej respekt i kiedy spojrzała przenikliwymi oczami w barwie krwi, której żądała od naszych przodków, nikt nie ośmielił się sprzeciwić. W zamian za to otrzymaliśmy ochronę i kiedy reszta świata przeżywała swoje perturbacje, u nas panował spokój. Ludzie i tu oczywiście doznawali nieszczęść, bywało ciężko, ale mimo wszystko – wioska trwała. No ale płaciliśmy za to cenę – Janik urwał na chwilę, aby złapać oddech.
  – Ano, cenę za to płaciły dzieci, które rodziły się na przełomie miesięcy rozgraniczających poszczególne znaki. Różne są tego wytłumaczenia, najstarsze mówiło, że dzieci te będąc na granicy, nie należały do żadnego znaku. Nie przynależąc do znaku, nie przynależały też do wioski, bo przed latami przykładano do tego wielką wagę, aby określić już za młodu, do jakiego fachu uczyć pacholęta. Kobiety oczywiście zajmowały się tylko domem, ale i one czasem były składane w ofierze, to jest dzieci płci żeńskiej. Wierzono kiedyś nawet, że kobiety, które urodziły się na przełomie dwóch znaków, a nie zostały ofiarowane Onym, po śmierci stawały się wodnymi upiorami, które nęciły mężczyzn na strumień, gdy częściowo skuwał go lód. Lód był zdradliwy i pękał pod stopami, a wodne upiory wciągały ciało i pożerały żywcem. Wracając jednak do ofiar. Mnie jako dziecko uczono, że dzieci były krępowane i kładzione na lodzie właśnie w porze, kiedy lód był najbardziej zdradliwy. Nie mamy wiosny, ale nawet tutaj jest moment odwilży. Nasi przodkowie ustalali ten moment na podstawie długich obserwacji, a całość miała pewne znamiona festynu. Przygotowywano ucztę, kobiety się stroili, były tańce… A grupa dzieci była pozostawiana na lodzie, aż utoną i zginą. Ich ciała obciążano figurkami z drewna, które przedstawiać miały w zamierzeniu wszystkich mieszkańców wioski. Tak jakby ofiarowując dzieci, wioska ofiarowywała wszystkich. Obyczajnie wszystkie te figurki wykonywał drwal. Jakoś się tak składało, że każdy człek parający się tą profesją potrafił pięknie rzeźbić, skądinąd wiem, że i Holger to potrafi… Jest też wersja o obkładaniu dzieci kamieniami, ale myślę, że już te drewniane figurki są bardziej prawdopodobne. Nie potrzeba było obciążenia, bo lód i tak by puścił. Ale do rzeczy. Do tego na ich piersiach były głębokie rany. Tym z kolei zajmował się medyk pod kontrolą starszyzny. Miały kształt litery X i były zadawane tak, aby po odchyleniu skóry, można było sięgnąć do serca. Nikt jednak nie tłumaczył, czemuż to akurat ważne było ich okaleczanie. Dość, że potem woda w strumieniu była czerwona od krwi, może to temu wymyślono ten obyczaj? – Janik odetchnął raz jeszcze. – Ale jest też druga, starsza wersja historii. Gdy rozmawiałem z Anną, potwierdziła, że istnieją też inne historyjki o tym rytuale, ale zapisane w kronikach tak starych, że rozsypałyby się przy najmniejszym dotknięciu. Nie pozwoliła mi więc ich dotknąć, a sama nie chciała nic powiedzieć – rzekł brodacz z wyraźnym żalem.– Musiałem się więc zadowolić tym, do czego miałem dostęp, do czego dopuszczali mnie mieszkańcy, dzieląc się kronikami i pamiętnikami będącymi ich pamiątkami rodowymi. A tam opisano nad wyraz jednomyślnie rytuał porzucania okaleczonych dzieci w lesie. Co roku starszyzna wybierała jedno miejsce, przy czym zawsze przywódcy, którzy od wieków wywodzą się z rodu, w który weszła Anna, wychodząc za mąż, mieli głos decydujący. Dzieci jeszcze w wiosce okaleczano. Zaczynano od kilku głębokich nacięć, a potem drążono dalej, aż bijące serca znajdowały się na wierzchu. Odurzano je ziołami, które utrzymywały je w stanie półsnu, gdy oddech był płytki, a ruchy powolne, tak więc nie wykrwawiały się na śmierć. Niesiono w pochodzie do miejsca ofiary i wracano do wioski, by ucztować. Gdy nadchodził świt, wszyscy usypiali jak jeden mąż. Ludzie budząc się, widzieli okrąg utworzony z martwych dzieci. Wisiały one na drzewach rosnących w równych odstępach, twarzami ku wiosce, jakby ją obserwowały. Pozbawione były serc. Zwykle tydzień po ofierze ginęła równa liczbie ofiar liczba mieszkańców. Gdy raz zdecydowano się oszczędzić kilkoro dzieci, aby ograniczyć straty, przyszła zima tak sroga, że owce zamarzły w owczarniach. Ludzie umierali z głodu, nie z powodu nagłej śmierci w lesie. Dlatego już nigdy nie chciano oszukiwać Onych.
  Janik zakończył wreszcie opowieść i skinął głową na potwierdzenie swych słów. Vitav dostrzegł, że na otrzymanych kartach spisano luźne myśli na temat owych rytuałów. Wiele było znaków zapytania przy każdym nowym elemencie. Potem strzałki wraz krótkim „Prawda to, jeśli wierzyć kronikom...”, po czym następowała wzmianka tej czy innej rodziny, zatwierdzały kolejne elementy.
  W końcu nadszedł czas na rozwianie kolejnych wątpliwości Sechmanna. Mężczyzna tyle już słyszał, że drwal lubi nocne wędrówki, że sam już chciał wiedzieć, co zapewnia mu takie bezpieczeństwo. Gdy młodzieniec usłyszał pytanie Krtani, z początku również się speszył. Zaśmiał się nerwowo i zmierzwił swą gęstą czuprynę. Rozejrzał się po pokoju, aż jego wzrok spoczął na wizerunku Juny i tam już pozostał.
  – Ano, ja od małego lubiłem nocą się szwendać. Ojciec nie raz mi sprawił lanie, ale gdy już byłem zbyt… duży, aby mógł mnie sprać, nic mnie już nie powstrzymywało. Znam okolice lepiej niż niejeden stary wyga, a nogi mam mocniejsze niż każdy z nich, toteż nie straszne mi ugrzęźnięcie w śniegu czy potknięcie się o kłody skryte przed ludzkim wzrokiem. Ale chyba mam dobrą intuicję, bo nigdy nie dostrzegłem nic dziwnego. Raz czy dwa widziałem wisielców, ale nigdy nikogo, kto kręciłby się w pobliżu. A już zwłaszcza postaci z legend.
  To powiedziawszy, Janik wbił wyzywające spojrzenie w Egzarchę, jakby czekał, aż ten zacznie mu tłumaczyć, że szkarłatnooka postać, ów wysłannik Onych, istnieje naprawdę. I wcale nie chce wypełniać woli Onych, a kieruje nim ludzka wściekłość i pragnienie zemsty za brak ofiar.
Ilość słów: 1813

Awatar użytkownika
Vitav
Administrator
Posty: 223
Miano: Vitav Sechmann
Pochodzenie: Królestwo Waldgrossen
Karta Postaci: http://novrahi.pl/viewtopic.php?f=14&t=149
Narrator: Eirlys
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 17/17
Korony: 47
Szylingi: 0
Pensy: 0

ndz cze 03, 2018 6:07 pm  

  Krtań z uwagą oraz powagą wymalowaną na twarzy wysłuchiwał kolejnych słów wypowiadanych przez Janika. Chłopak zdawał się mieć nad wyraz dużą wiedzę na temat historii Vrliki – jak zresztą wcześniej wspomniała Juna, a także jej matka. Początek historii zdawał się być całkiem interesujący. Ludzie szukający schronienia, miejsca na wzniesienie nowej osady, nowego domu. Wędrówka na wskroś Białego Lasu, by przedostać się na tereny pokryte zielenią, gdzie gleba jest żyzna, a śnieg i mróz skuwają otoczenie tylko wtedy, kiedy nadchodzi odpowiednia pora roku. Niestety ostatecznie nie wszystko poszło zgodnie z planem przyszłych osadników. Na ich drodze stanął zadziwiający byt o szkarłatnych ślepiach, podający się za wysłannika Onych. Wyróżniała go cała postura – poczynając od ledwo możliwego do nakreślenia kontury, kończąc na tym, iż istota ta przypominała bardziej mgłę, niż rzeczywisty obiekt, który można dotknąć. Ponoć od stworzenia tego bił taki respekt, że jedno spojrzenie rzucone przodkom Vrlikanów nakłoniło ich do pozostania w tym miejscu. Tuż obok rzeki, od której Holger stworzył odnogę. Ludzie ci w zamian za przyszłe ofiary otrzymać mieli ochronę, co podług tutejszych przesłań faktycznie miało miejsce. Czy jednak nazwać to można było jakąkolwiek protekcją? Tak czy inaczej poświęcano życia niewinnych dzieci, w zamian za to, że nie ginęli inni. Ponoć raz, gdy nie poświęcono wystarczającej liczby istnień, przez cały rok mrozy były tak silne, że zwierzęta zamarzały w stodołach, a ludzie umierali z głodu. Co jednak tak mocno trzymało ich w tym miejscu? Strach przed "wysłannikiem Onych"? Możliwe. Czegoś jednak tu brakowało, czegoś o czym wiedziała jedynie starszyzna Vrliki. Czegoś, czym nie chcieli się podzielić z Janikiem wymyślając kolejne wymówki, które nie trzymały się kupy.
  Brodacz niemal doskonale znał obie wersje rytuału... I na nieszczęście Vitava, biorąc pod uwagę miejsce w jakim się znalazł, obydwie były równie prawdopodobne. Choć sam Sechmann zważając na naturę miejscowych bardziej skłaniał się w stronę tej mroczniejszej historii, tak nie mógł zignorować również pierwszej. We wszystkim zawsze tkwiło ziarnko prawdy – szczególnie wzmianka o drwalach. Świetni z nich byli zawsze rzeźbiarze, a i według słów syna stolarza, nawet Riedl potrafił dobrze strugać w drewnie. Słuchał jednak nadal.
  Aż dreszcz przeszedł mu po plecach, gdy do jego uszu doszły słowa, jakoby martwe dzieci miały być rozwieszane na drzewach wokół wioski, a co więcej – ich oczy zwrócone być miały w stronę osady. Jakby ją obserwowały. Choć nic nie powinno już robić na Vitavie wrażenia, tak ta wzmianka wywołała pewien niepokój. Wyobraźnia robiła swoje, szczególnie w takich miejscach – oddalonych od cywilizacji, nawiedzanych przez złego "ducha" i nieprzyjaźnie nastawionych do obcych. Każdy normalny człowiek, który nie szukał problemów, pewnie już dawno zabrałby swoje rzeczy, wsiadł na koń i dał nogę z Vrliki. A już szczególnie po usłyszeniu tego, co usłyszał chwilę temu Sechmann. Jakkolwiek dawno to było, osada w tej chwili usłana była trupami. Trupami Onym aurę winnym dzieci.
  Egzarcha przyłożył rękę do swego czoła, przejechał nią w dół twarzy i głośno westchnął. Opowieść dotarła do końca, a brązowowłosy mógł w końcu odpowiedzieć na drugie nurtujące Vitava pytanie. Cóż, może nie tego spodziewał się Egzarcha, ale w głosie chłopaka – oraz jego spojrzeniu na portret młódki – mógł dość szybko dojść do wniosku, że młodzik wymykał się z domu, by zawędrować pod sklep Juny... Albo nawet i ona wychodziła na zewnątrz i spotykali się w jakimś ustalonym miejscu. Ale w takim wypadku po cóż takiego, córka tkaczki w ogóle wspominałaby o nocnych eskapadach młodego stolarza? No nic, być może chodziło nie tylko o to. Nie zamierzał jednak przyciskać bardziej. Skupił się za to na notatkach, które w ręce włożył mu Janik. I tutaj już Sechmannowi coś w głowie zaświtało. Całe spisane w sanctinie. I choć nie było tam nic odkrywczego, bowiem same "potwierdzenia" słów zapisanych w kronikach, tak sama znajomość tego języka przez chłopaka była interesująca.
  Znasz sanctin — Stwierdził, przyglądając się kartkom. — Pewnie słyszałeś już, że na domostwach drwala i Kristy ktoś nabazgrał krwią, w sanctinie właśnie, groźby. Kto jeszcze tutaj zna ten język? Podejrzewam, że starszyzna, ale ktoś oprócz nich? — Spytał jeszcze.
Ilość słów: 810

Awatar użytkownika
Eirlys
Administrator
Posty: 104

pt cze 08, 2018 11:10 am  

Narrator

  Jak się okazało, kobiety nie przesadzały twierdząc, że Janik doskonale zna historię Vrliki. Z ogromną pewnością podawał kolejne szczegóły rytuału składania ofiar, aż Vitav miał wrażenie, że oto dowiedział się dość, by móc wysnuć jakieś wnioski. Niestety nie były one zbyt optymistyczne, co jednak nie dziwiło, biorąc pod uwagę charakter wioski i jej mieszkańców. Może i sama wędrówka przyszłych założycieli była fascynująca i miała coś w sobie z legendy opowiadanej przy ognisku, dalej jednak robiło się niepokojąco mrocznie. Opis wysłannika Onych, chociaż dokładny i budzący grozę, nie tłumaczył jeszcze, czemu Vrlikanie tak kurczowo uczepili się tego kawałka niegościnnej ziemi. Sami siebie skazali na oparcie swego życia o handel z innymi, własne zwierzęta musieli wypasać daleko, aby zapewnić im strawę. A co gorsza, Sechmann podejrzewał, że stało za tym pewne uzasadnienie, skrywane nie tylko przed obcymi, ale też samymi mieszkańcami, których starszyzna woli trzymać w niewiedzy, dopuszczając ich tylko do wybranych informacji. Krtań nie sądził, by ludzie ci woleli trzymać stare kroniki w ukryciu li i jedynie dlatego, że obawiali się zniszczenia pamiątek wrażliwych na każde dotknięcie. Wszak nie dlatego powstali introligatorzy, by nie dało się naprawić rozsypujących się woluminów. Nie, takie zazdrosne ukrywanie sekretów było bardzo niepokojące według Vitava.
  Gdy Egzarcha zdecydował już, która z wersji rytuałów wydaje mu się bardziej prawdopodobna, odkrył, że nawet pobyt we Vrlice nie jest w stanie uodpornić go na pewne rewelacje. Dziecięce zwłoki obserwujące wioskę swymi mętnymi, martwymi oczami, to było za wiele nawet jak dla doświadczonego inspektora z Initium. Nawet jednak pomimo dreszczu, Sechmann nie zamierzał się poddawać i opuszczać wioskę. Skupił się na tym, że musi wykonać pewne bardzo konkretne zadanie i jedynie mimochodem zauważył, że pomiędzy Janikiem a Juną mogło urodzić się jakieś uczucie. Chłopak był oczarowany piękną dziewczyną, która stała się jego muzą, a młódka z zachwytem go wcześniej zachwalała… Vitav jednak nie przejął się za bardzo tym, czy było możliwe, że ukochana przyprawiła Timmowi rogi. Pomocnik drwala to może i dobry dzieciak, ale Krtań nie przybył tu w charakterze doradcy do spraw związków. Toteż szybko zepchnął owe myśli na dalszy plan, gdy spojrzał na notatki spisane w sanctinie. Tym samym języku, którego ponoć młodziutka sklepikarka nie zna, a którym zapisane krwawe wierszydła. Krtań zdecydował się więc zapytać syna stolarza, człowieka wywodzącego się z tutejszych nizin społecznych, o ludzi, którzy władają tutaj sanctinem.
  – Ano, znam. Wielu mężczyzn tutaj musiało poznać ten język, chociaż mój ojciec od tak dawna nie miał pióra w ręce, że mógł zapomnieć, jak się składa litery. Mnie na szczęście zdążył nauczyć, zanim... – urwał Janik, nie chcąc dopowiadać zapewne „zanim rozpił się tak, że nie jest w stanie pisać”. Młodzieniec ze zgrozą usłyszał o groźbach. Zląkł się, zaraz jednak przybrał postawę bojową, gotów bronić ludzi w potrzebie. A właściwie, prawdopodobnie jedynie niewiast w niebezpieczeństwie, gdyż gdy wcześniej mówił o Holgerze, nie wydawał się zbyt przyjaźnie do niego nastawiony. – Któż by mógł zrobić coś takiego?! Straszyć Onym ducha winne niewiasty, krwią pisać… Ale –uspokoił się – dobrze, że ja nic o tym nie słyszałem jeszcze. To znaczy, że mieszkańcy jeszcze się nie dowiedzieli, bo inaczej już bym od klientów plotki usłyszał. A szkoda by było, by ktoś gadał na Ju… na nie obie, wszak gdy fundowano nagrodę za pochwycenie mordercy, hojnie sypnęły groszem. Odkąd zmarł mąż Kristy, ludzie niezbyt dobrze podchodzą do nich, jakby wyczekiwali, aż któraś się załamie. Kupować nie chcą, nosem kręcą i bacznie obserwują…  Przejęcie groźbami tak zamroczyło Janika, że wpadł w słowotok, zapomniawszy o pytaniu o osoby posługujące się sanctinem, na które już wcześniej częściowo odpowiedział. Zorientował się jednak i w końcu wrócił do tej kwestii.
  – No, może i nasza osada jest mała, ale większość mężczyzn jednak sanctin zna. Trzeba w końcu jakoś sprowadzać jedzenie i inne przedmioty, których nie możemy tutaj uzyskać z uwagi na wieczny śnieg. Zwyczajowo niewiasty jednak się nie uczą, chociaż kobiety przynależące do starszyzny i Krista z pewnością rozumieją ten język na tyle, by móc czytać i wypisywać rozporządzenia albo zamówienia. Z osób bardziej podejrzanych… Holger z pewnością zna, gdyż list, jaki nam napisał z ponagleniem zapłaty za drzewo i drewno, jakie kupiliśmy u niego do pracy… No cóż, był na tyle pogardliwy i przepełniony poczuciem własnej wyższości, że nie osiągnąłby tego, gdyby ledwie co posługiwał się sanctinem.
  Tym oto sposobem Krtań miał wątpliwą przyjemność po raz kolejny wysłuchać narzekań na temat Riedla. Okropny ten cudzoziemiec, nie dość, że upomina się o swoje pieniądze, to jeszcze zdaje mu się, że jest lepszy od mieszkańców Vrliki. Ot, kolejna dawka jadu i zaściankowości, która wręcz wylewa się z wieśniaków, tym razem w osobie Janika, człeka o sercu artysty i ambicjach wykraczających poza żywot jako prosty stolarzyna.
Ilość słów: 932

Awatar użytkownika
Vitav
Administrator
Posty: 223
Miano: Vitav Sechmann
Pochodzenie: Królestwo Waldgrossen
Karta Postaci: http://novrahi.pl/viewtopic.php?f=14&t=149
Narrator: Eirlys
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 17/17
Korony: 47
Szylingi: 0
Pensy: 0

wt cze 12, 2018 4:53 pm  

  Egzarcha spojrzał na chłopaka, z lekkim zdziwieniem wymalowanym na twarzy. Usta Vitava mimowolnie wykrzywiły się w niemrawym uśmiechu. Podrapał się po głowie i w końcu odezwał. Choć słowa wypowiedziane przez Janika nieco go zaskoczyły.
  Przyznam, że nie tego się spodziewałem. Sanctin to język, którego uczyć zwykła się szlachta, kapłani, czy po prostu studenci w Initium, bądź tam Sutato. Wychodzi na to, że jak spora część mężczyzn w osadzie potrafi coś w tym języku zapisać, to sprawa nieco się komplikuje. Szlag by to — Odparł, z lekka niby zawiedziony, a z drugiej strony zainteresowany. — A co Holgera się tyczy, to bez urazy chłopcze, ale to całkowicie naturalna kolej rzeczy, żeby dopominać się o swoje. Zgodzę się, że Riedl jest raczej szorstką osobą, a do świętego mu brakuje, ale nie sądzę, żeby miał złe intencje. A takie bym wyczuł, zaufaj mi — Dodał, jak zwykle – w takim wypadku – pouczającym tonem. Nie w smak mu było co rusz słuchać narzekań na drwala. Już nawet nie była to kwestia samego nastawienia miejscowych, a zwykłego znudzenia. Niemal każda osoba, z którą Sechmann miał okazję zamienić we Vrlice kilka słów, musiała wpleść w rozmowę choć jedno zdanie dotyczące Holgera. A raczej jego przywar. Westchnął głośno, zasłaniając przy tym usta. Przeszedł się po pokoju, jakby nad czymś dumając. Zatrzymał się na środku, splótł ręce za plecami i spojrzał raz jeszcze na portret Juny.
  Wracając jeszcze do Kristy i jej córki — Zaczął. — Miałem nadzieję zawęzić krąg podejrzanych, ale jedynie się powiększył. Wykluczam tego waszego mitycznego wysłannika Onych, bo Pierwszy nie bawiłby się w takie głupoty. Wziąłby co jego, bez ceregieli. Mam więc dwie teorie. Ta pierwsza jest banalnie prosta. To cholerstwo, co na was usiadło, rzeczywiście ma zapędy do... Do takich działań. No a druga, bardziej prawdopodobna, bardziej logiczna i pewnie prawdziwa brzmi już nieco lepiej — Ucichł, by złapać oddech i odwrócić się do brązowowłosego. Spojrzał mu w oczy. — Ktoś, kto dobrze orientuje się w historii osady, postanowił wykorzystać te wasze dawne bajania i podszyć się pod "wysłannika Onych", rzekomo pragnąc odzyskać to, co należy do niego. Ofiary — Podszedł nieco bliżej chłopaka. — Więc kto? Kto jeszcze, prócz starszyzny, tak dobrze zna wszelkie podania dotyczące dawnych rytuałów? Wydajesz się bardziej otwarty, niż reszta mieszkańców Vrliki. Kochasz to miejsce, prawda? Czy może raczej związaną z nim historię? Tak czy inaczej, pewnie nie chcesz, by ostatecznie cała osada była przyozdobiona w wiszące na drzewach trupy z wydartymi sercami. Potrzebuję... Oboje potrzebujemy pomocy — Dokończył. Chwilę wpatrywał się jeszcze w syna stolarza, aż w końcu znów oparł się o ścianę, wysłuchał jego odpowiedzi i powoli zaczął się z nim żegnać. Nie miał całego dnia, czas uciekał, a słońce przemieszczało się po nieboskłonie. Czas najwyższy ruszyć do starszyzny i ostatecznie skonfrontować się z Anną. Być może, choć niechętna, będzie miała Vitavowi do powiedzenia coś więcej? Kto wie... Kto wie?
Ilość słów: 550

Awatar użytkownika
Eirlys
Administrator
Posty: 104

czw cze 14, 2018 8:02 pm  

Narrator

  Zacofana na pozór wioska położona w tak niecywilizowanym miejscu jak Biały Las, której połowa mieszkańców zna język ludzi wykształconych – nie, tego Sechmann się nie spodziewał. Było to równie trudne do pojęcia zjawisko, jak abstynencja Holgera lub nagła serdeczność Vrlikanów wobec wspomnianego drwala. Vitav jednak wiedział, że tutaj nic nie jest takie, jak by się mogło wydawać, sugerując się zdrowym rozsądkiem. Przyjął do wiadomości, że w gąszczu wieśniaków posługujących się wbrew wszelkiej logice sanctinem nie znajdzie tego, kto namazał krwią oba ostrzeżenia. Egzarcha przekazał krótko Janikowi swój wniosek co do niemożność poznania sprawcy po samej tylko znajomości języka, jednocześnie nie kryjąc zaciekawienia tą nadspodziewaną umiejętnością.
  – Ano, już nasi przodkowie nakazali, by każdy chłopiec znał sanctin. To, że tak wielu ludzi umie się nim posługiwać, jest chlubą naszej wioski, chociaż obawiam się, że pewne zwroty są już… jakby to rzec, przestarzałe – wyjaśnił stolarz, z lekkim zażenowaniem przyznając się, że poznał starszą wersję języka. Sanctin nie był może na tyle żywy, by na pierwszy rzut oka dało się wychwycić różnicę między tym, jak formułowano myśli wieki temu, a jak się to obecnie zapisuje w księgach, nietrudno jednak się domyśleć, że od czasu założenia wioski przybyły nowe słowa, które lepiej opisują charakter magii wraz z kolejnymi badaniami Initium.
  Nim Sechmann podzielił się z Janikiem swymi przemyśleniami na temat morderstw i prawdopodobnego sprawcy, musiał odhaczyć kolejną rzecz z listy. Znowu mężczyzna usłyszał częściowo bezpodstawne, a częściowo wynikające z zaściankowości i ciasnych poglądów utyskiwania na jedynego człeka, który kolejny rok wypełnia się ze swych obowiązków. Krtań nawet o tym nie myślał, ale Holger dzień w dzień wypuszczał się dalej w las, gdzie może czaić się złowrogie, krwiożercze coś, tylko po to, by narąbać drwa dla Vrlikanów myślących o nim gorzej niż o szkodniku. Egzarcha był już znudzony tym narzekaniem, zwłaszcza że repertuar wieśniaków był ograniczony. Winą Riedla było jego nerdijskie pochodzenie, szorstkość w obyciu, alkoholizm, a także upominanie się o zapłatę za sowicie wykonaną pracę. Vitav bez wewnętrznego przekonania, że cokolwiek zmieni, wygłosił po raz kolejny swą mentorską formułkę. Janik na chwilę się zawstydził, widać było jednak, że nie odczuwał skruchy. Jego niechęć do drwala była tak wielka, że żadne słowa tego wysokiego, ponurego mężczyzny skłoniłyby go do szanowania Riedla.
  Tymczasem ów rosły wojownik przeszedł się po pokoju i stanął obok artystycznego portretu Juny. Tak naprawdę wystarczyło, że się obrócił i zrobił półtora kroku, tak ciasna była sypialnia starszego syna stolarza. Gdy Sechmann śledził poprowadzone niewprawnie ale z wielką pasją linie zaznaczające kontury twarzy młódki, pogrążył się w rozmyślaniach i zaczął swoją przemowę. Brązowowłosy słuchał go cicho. W momencie, gdy oczy obu mężczyzn się skrzyżowały, brodacz przełknął nerwowo ślinę, czekając na bardziej prawdopodobną według Krtani teorię na temat mordercy. Aż zachłysnął się gwałtownie wciągniętym do płuc oddechem, gdy usłyszał o tym, że za tymi paskudnymi zabójstwami stać może jakiś Vrlikanin. Bał się, że ktoś znany mu od dziecka jest takim zwyrodnialcem? Oczekiwał, że przybysz zacznie obwiniać jego o wieszanie współbratymców? Wzrok Janika przypominał spojrzenie spłoszonej sarny, która zastygła w przerażeniu w bezruchu, gdy myśliwy naciągał cięciwę łuku. Gdy zorientował się, że ten dziwny, niepokojący woj prosi go o pomoc, odetchnął wyraźnie. Dla otuchy spojrzał na portret zielonookiej i odezwał się pozornie pewnym głosem.
  – Najwięcej dowiedziałem się od naszego felczera i kapłana. Obaj przynależą z racji swych profesji do starszyzny, ale nie są aż tacy starzy, by pamiętać zmianę wersji historii. Byli jednak otwarci i chętni do podzielenia się ze mną wszystkimi informacjami i pamiątkami, jakie mogły mnie zainteresować. Wielebny Gersten, nasz kapłan, nawet dał mi możliwość przejrzenia księgi świątynnej. Obecnie, a właściwie od jakichś pięćdziesięciu lat, jest ona prowadzona na podobieństwo kupieckiego spisu wydatków, ale już osiemdziesiąt lat temu kapłan zapisywał też ważne według niego wydarzenia, chociaż posługiwał się własną miarą i wiele z jego zapisków nie jest interesująca obecnie… A znowuż jeszcze wcześniej księga świątynna była spisywana na drewnianych tablicach, tedy też roiło się tam od legend i opisów modłów. Wiele z pradawnych rytuałów odeszło, niektóre z nich teraz wydają się wyjątkowo absurdalne. Niestety, akurat o składaniu ofiar nie ma tam zbyt wiele. Więcej uwagi poświęcono modlitwom, jakie należy odmówić przed tym wydarzeniem, niż jak je przeprowadzić…
  Tak oto Janik przekazał już wszystko co wiedział, a przynajmniej Vitav odniósł wrażenie, że w tej chwili nic nowego od młodzika nie wyciągnie. Egzracha czym prędzej wyszedł z chałupy, raz jeszcze mając okazję ćwiczenie wstrzymywania oddechu, aby nie pozwolić duchocie i smrodowi osłabić go przed wizytą ze starszyzną. Waldgrosseńczyk postanowił udać się do domu Anny, samej przywódczyni, która, jak się wydaje, trzymała wioskę w żelaznym uścisku i rządziła nią, jak chciała. Mężczyzna prędko, aby nie tracić nadto cennego czasu, przemierzał zaśnieżone zaułki, aż w końcu dotarł do rynku. Mając w głowie mgliste wskazówki, wyminął grupkę rumianych kobiet odzianych w kilkanaście spódnic i kurt każda, zaraz potem rozbrykane dziecko, które dla zabawy próbowało chwycić podskakującą przy każdym kroku pochwę z Pokutą, aż znalazł się w uliczce, którą wieńczyła świątynia. Pamiętaj, że gdzieś tutaj znajduje się dom Anny. W końcu znalazł go, a przynajmniej miał takie wrażenie, gdy dostrzegł najpiękniejsze domostwo w całej Vrlice. Konkurencja może i nie była zbyt wielka, ale Sechmann musiał sam przed sobą przyznać, że nawet w dużym mieście budynek ozdobiony ze smakiem wykuszami i stiukami wzbudziłby zachwyt w niejednym miłośniku i znawcy architektury. Mężczyzna znalazł się pod dwuskrzydłowymi drzwiami, które mimo licznych płaskorzeźb i innych elementów dekoracyjnych wyglądały nad wyraz solidnie. A także mało zachęcająco, niestety. Zwłaszcza że wszystkie okna były zaciemnione, jak podczas choroby domowników niekiedy się robi, aby dać znak niespodziewanym gościom i przestrzec ich przed zarazą.
Ilość słów: 1153

  •   Informacje
  • Kto jest online

    Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości