"Pierwsze dwa tygodnie wojny były ciche. Żadnych walk, żadnych przemarszów wojsk. Każdy siedział na swoim miejscu i liczył siły, sprawdzał stan wojsk, uzbrajał się w cierpliwość i miecze. [...]"
Przeczytaj o dalszych losach wojny domowej w Waldgrossen.

Vrlika

Gdy tylko twoja Karta Postaci zostanie zaakceptowana – trafisz tutaj. Ten dział to miejsce, w którym toczą się wszystkie aktualne rozgrywki.
Awatar użytkownika
Eirlys
Administrator
Posty: 53

czw cze 14, 2018 8:02 pm  

Ostatni post na poprzedniej stronie:

Narrator

  Zacofana na pozór wioska położona w tak niecywilizowanym miejscu jak Biały Las, której połowa mieszkańców zna język ludzi wykształconych – nie, tego Sechmann się nie spodziewał. Było to równie trudne do pojęcia zjawisko, jak abstynencja Holgera lub nagła serdeczność Vrlikanów wobec wspomnianego drwala. Vitav jednak wiedział, że tutaj nic nie jest takie, jak by się mogło wydawać, sugerując się zdrowym rozsądkiem. Przyjął do wiadomości, że w gąszczu wieśniaków posługujących się wbrew wszelkiej logice sanctinem nie znajdzie tego, kto namazał krwią oba ostrzeżenia. Egzarcha przekazał krótko Janikowi swój wniosek co do niemożność poznania sprawcy po samej tylko znajomości języka, jednocześnie nie kryjąc zaciekawienia tą nadspodziewaną umiejętnością.
  – Ano, już nasi przodkowie nakazali, by każdy chłopiec znał sanctin. To, że tak wielu ludzi umie się nim posługiwać, jest chlubą naszej wioski, chociaż obawiam się, że pewne zwroty są już… jakby to rzec, przestarzałe – wyjaśnił stolarz, z lekkim zażenowaniem przyznając się, że poznał starszą wersję języka. Sanctin nie był może na tyle żywy, by na pierwszy rzut oka dało się wychwycić różnicę między tym, jak formułowano myśli wieki temu, a jak się to obecnie zapisuje w księgach, nietrudno jednak się domyśleć, że od czasu założenia wioski przybyły nowe słowa, które lepiej opisują charakter magii wraz z kolejnymi badaniami Initium.
  Nim Sechmann podzielił się z Janikiem swymi przemyśleniami na temat morderstw i prawdopodobnego sprawcy, musiał odhaczyć kolejną rzecz z listy. Znowu mężczyzna usłyszał częściowo bezpodstawne, a częściowo wynikające z zaściankowości i ciasnych poglądów utyskiwania na jedynego człeka, który kolejny rok wypełnia się ze swych obowiązków. Krtań nawet o tym nie myślał, ale Holger dzień w dzień wypuszczał się dalej w las, gdzie może czaić się złowrogie, krwiożercze coś, tylko po to, by narąbać drwa dla Vrlikanów myślących o nim gorzej niż o szkodniku. Egzarcha był już znudzony tym narzekaniem, zwłaszcza że repertuar wieśniaków był ograniczony. Winą Riedla było jego nerdijskie pochodzenie, szorstkość w obyciu, alkoholizm, a także upominanie się o zapłatę za sowicie wykonaną pracę. Vitav bez wewnętrznego przekonania, że cokolwiek zmieni, wygłosił po raz kolejny swą mentorską formułkę. Janik na chwilę się zawstydził, widać było jednak, że nie odczuwał skruchy. Jego niechęć do drwala była tak wielka, że żadne słowa tego wysokiego, ponurego mężczyzny skłoniłyby go do szanowania Riedla.
  Tymczasem ów rosły wojownik przeszedł się po pokoju i stanął obok artystycznego portretu Juny. Tak naprawdę wystarczyło, że się obrócił i zrobił półtora kroku, tak ciasna była sypialnia starszego syna stolarza. Gdy Sechmann śledził poprowadzone niewprawnie ale z wielką pasją linie zaznaczające kontury twarzy młódki, pogrążył się w rozmyślaniach i zaczął swoją przemowę. Brązowowłosy słuchał go cicho. W momencie, gdy oczy obu mężczyzn się skrzyżowały, brodacz przełknął nerwowo ślinę, czekając na bardziej prawdopodobną według Krtani teorię na temat mordercy. Aż zachłysnął się gwałtownie wciągniętym do płuc oddechem, gdy usłyszał o tym, że za tymi paskudnymi zabójstwami stać może jakiś Vrlikanin. Bał się, że ktoś znany mu od dziecka jest takim zwyrodnialcem? Oczekiwał, że przybysz zacznie obwiniać jego o wieszanie współbratymców? Wzrok Janika przypominał spojrzenie spłoszonej sarny, która zastygła w przerażeniu w bezruchu, gdy myśliwy naciągał cięciwę łuku. Gdy zorientował się, że ten dziwny, niepokojący woj prosi go o pomoc, odetchnął wyraźnie. Dla otuchy spojrzał na portret zielonookiej i odezwał się pozornie pewnym głosem.
  – Najwięcej dowiedziałem się od naszego felczera i kapłana. Obaj przynależą z racji swych profesji do starszyzny, ale nie są aż tacy starzy, by pamiętać zmianę wersji historii. Byli jednak otwarci i chętni do podzielenia się ze mną wszystkimi informacjami i pamiątkami, jakie mogły mnie zainteresować. Wielebny Gersten, nasz kapłan, nawet dał mi możliwość przejrzenia księgi świątynnej. Obecnie, a właściwie od jakichś pięćdziesięciu lat, jest ona prowadzona na podobieństwo kupieckiego spisu wydatków, ale już osiemdziesiąt lat temu kapłan zapisywał też ważne według niego wydarzenia, chociaż posługiwał się własną miarą i wiele z jego zapisków nie jest interesująca obecnie… A znowuż jeszcze wcześniej księga świątynna była spisywana na drewnianych tablicach, tedy też roiło się tam od legend i opisów modłów. Wiele z pradawnych rytuałów odeszło, niektóre z nich teraz wydają się wyjątkowo absurdalne. Niestety, akurat o składaniu ofiar nie ma tam zbyt wiele. Więcej uwagi poświęcono modlitwom, jakie należy odmówić przed tym wydarzeniem, niż jak je przeprowadzić…
  Tak oto Janik przekazał już wszystko co wiedział, a przynajmniej Vitav odniósł wrażenie, że w tej chwili nic nowego od młodzika nie wyciągnie. Egzracha czym prędzej wyszedł z chałupy, raz jeszcze mając okazję ćwiczenie wstrzymywania oddechu, aby nie pozwolić duchocie i smrodowi osłabić go przed wizytą ze starszyzną. Waldgrosseńczyk postanowił udać się do domu Anny, samej przywódczyni, która, jak się wydaje, trzymała wioskę w żelaznym uścisku i rządziła nią, jak chciała. Mężczyzna prędko, aby nie tracić nadto cennego czasu, przemierzał zaśnieżone zaułki, aż w końcu dotarł do rynku. Mając w głowie mgliste wskazówki, wyminął grupkę rumianych kobiet odzianych w kilkanaście spódnic i kurt każda, zaraz potem rozbrykane dziecko, które dla zabawy próbowało chwycić podskakującą przy każdym kroku pochwę z Pokutą, aż znalazł się w uliczce, którą wieńczyła świątynia. Pamiętaj, że gdzieś tutaj znajduje się dom Anny. W końcu znalazł go, a przynajmniej miał takie wrażenie, gdy dostrzegł najpiękniejsze domostwo w całej Vrlice. Konkurencja może i nie była zbyt wielka, ale Sechmann musiał sam przed sobą przyznać, że nawet w dużym mieście budynek ozdobiony ze smakiem wykuszami i stiukami wzbudziłby zachwyt w niejednym miłośniku i znawcy architektury. Mężczyzna znalazł się pod dwuskrzydłowymi drzwiami, które mimo licznych płaskorzeźb i innych elementów dekoracyjnych wyglądały nad wyraz solidnie. A także mało zachęcająco, niestety. Zwłaszcza że wszystkie okna były zaciemnione, jak podczas choroby domowników niekiedy się robi, aby dać znak niespodziewanym gościom i przestrzec ich przed zarazą.
Ilość słów: 1153

Awatar użytkownika
Vitav  
Administrator
Posty: 162
Miano: Vitav Sechmann
Pochodzenie: Królestwo Waldgrossen
Karta Postaci: http://novrahi.pl/viewtopic.php?f=14&t=149
Narrator: Eirlys
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 15/15
Korony: 47
Szylingi: 0
Pensy: 0

wt cze 19, 2018 6:55 pm  

  Vrlika rządziła się swymi własnymi prawami, o czym co krok przekonywać musiał się Sechmann. Krawewe rytuały, mroczna przeszłość, dziwaczne podania, prawdopodobnie wrodzona ksenofobia, a teraz jeszcze nad wyraz w swym niewykształceniu wykształceni wieśniacy, którzy to okazali się znać sanctin. Los bywa przewrotny, co dało o sobie znać już zbyt wiele razy. Teraz Vitav chciał po prostu w to wierzyć, bowiem zwykle zdarzało się tak, że jak już w coś się wiarę pokładało, tak nagle przestawało to dawać jakiekolwiek rezultaty. Tym samym miał nadzieję, że to już koniec niespodziewanych zwrotów akcji, że poznał już przynajmniej większość – choćby tych mrocznych – sekretów Vrliki. Na to niestety szansa była mała. Tak więc słuchając kolejnych słów wypowiadanych przez Janika jedynie westchnął głęboko w duchu i machnął ręką.
  Taa, to niecodzienne, żeby, bez urazy chłopcze, osada w Białym Lesie, który już sam z siebie jest niezłym zadupiem u podnóży Jaksaru, dysponowała taką liczbą wykształconych lingwistycznie ludzi. Przestarzały czy nie, pewien to powód do dumy jest — odparł, nie zwracając uwagi na nieco zawstydzonego syna stolarza. Cóż, w takiej dziurze jak ta, poznać choćby tę nieco bardziej archaiczną część sanctinu, było niezłym osiągnięciem. Ale jak widać nie dla miejscowych – dla nich była to norma.
  Moment później miał okazję wysłuchać całkiem przydatnego zlepku zdań, który wypłynął z ust potomka pijaczyny. Imiona zawsze były dobrymi wskazówkami, zawsze dawały pewien punkt zaczepienia. Szczególnie w sytuacji, w której nie pozostawało nic innego, jak dalej pytać. A przecież w takiej właśnie znajdował się Egzarcha. Choć właściwie to miał dwie drogi – dalej prowadzić swoje małe śledztwo, bądź po prostu cierpliwie czekać na nieuniknione w domu Kristy. Sechmann jednak należał do tej grupy ludzi, która wolała mieć większe pojęcie na temat tego, z czym możliwe, że przyjdzie mu się zmierzyć. W jego głowie nadal pobrzemiwała cicha nadzieja na "wygłupy" kogoś dobrze znającego historię Vrliki. Wtedy znów mógłby zawęzić grono. Płomyk ten był niestety skutecznie gaszony przez fale naocznych – i nie tylko – dowodów. Dziwne światło na ścieżce w lesie, aura Pierwszego wewnątrz chałupy na obrzeżach, relacja młodego, przyszłego złodziejaszka. Wszystko to wskazywało na jedno. A jednak, pojawiała się pewna doza zwątpienia.
  Dziękuję, sporo mi wyjaśniłeś — odparł. — Nie pozostaje mi więc nic innego, niż spotkać się jeszcze ze starszyzną. Odwiedzę tę waszą Annę, może zerknę jeszcze go Gerstena, ale z twoich opisów wynika, że on wie niewiele. A ja też nie mam czasu na słuchanie dziesiątek legend... Choć mówi się, że w każdej tkwi ziarnko prawdy. Z czegoś przecież wyrosnąć musiały. A więc na mnie pora. Uważaj na siebie, nie zawsze ma się tyle szczęścia — Dodał na pożegnanie. Skinął Janikowi głową i opuścił pokój.
  Cóż, powiedzieć, że zapachy rozchodzące się po wnętrzu domostwa stolarzy były znośne, byłoby cholernym przegięciem. Kolejne ćwiczenia wstrzymywania oddechu jedynie utwierdziły Vitava w przekonaniu, że czasem jednak lepiej jest mieć ten katar. Szybko przedostał się do drzwi frontowych i czym prędzej, energicznym krokiem skierował się ku centrum wioski, wprost do domu Anny.
  Trochę to potrwało, ale ostatecznie znalazł się na rynku. Coś mu w głowie świtało, w miarę pamiętał informacje o tym, jak dotrzeć do domu przywódczyni Vrliki, ale też nie tak do końca. Chwilę pobłądził, wymijając przy okazji grupki ludzi, którzy jak widać korzystali z wyjątkowo słonecznego dnia. Nawet nie zwrócił większej uwagi na brzdąca starającego się pochwycić Pokutę – tak bardzo był skupiony na przemyśleniach. Ostatecznie jednak dotarł do tej nieco bogatszej dzielnicy... I to właśnie tutaj mieścić miały się domostwa starszyzny. Bez problemu wypatrzeć można było najbogatszy, robiący niemałe wrażenie – szczególnie w tak zatęchłej dziurze – dom, który wręcz musiał należeć do Anny. Jedynie te zaciemnione okna budziły pewien niepokój, ale też ciekawość. Zapukał kilka razy do drzwi, a jeśli te w końcu się otworzyły, przywitał się.
  Chwała Onym. Vitav Sechmann, Egzarcha z Initium. Jak mniemam mam przyjemność mówić z Anną? — rzekł nieco zniżając głos, ale nieprzesadnie. Chciał po prostu brzmieć jeszcze poważniej, niż zwykle, a nie śmiesznie. — Tak się składa, że mam parę pytań. I pewnie już dawno do pani uszu dotarła wieść o tym, co tu robię, tak więc chyba możemy sobie oszczędzić zbędnych tłumaczeń — Dodał jeszcze. Twardo i stanowczo. Miał tylko nadzieję, że kobiecina nie lubuje się w miękkich charakterach, bowiem w tej chwili wydałby na siebie wyrok braku dalszego zdobywania wiedzy.
Ilość słów: 856

Awatar użytkownika
Eirlys
Administrator
Posty: 53

czw cze 21, 2018 8:34 pm  

Narrator

  Janik nie zdobył się na komentarz na ten zakamuflowany komplement dotyczący nadspodziewanie dobrego wykształcenia Vrlikanów, który w istocie nie był komplementem. Sechmann był już zmęczony kolejnymi udziwnieniami, a wieśniacy znający sanctin to było zbyt wiele. Co prawda ostatnio każda kolejna rewelacja okazywała się by zbyt cudaczna, aby mógł ją przełknąć, jednak Egzarcha wciąż nie uodpornił się na panujące tu zasady, które czasem zdawały się odwróceniem zdrowego rozsądku, jakby Vitav znalazł się po drugiej stronie lustra. Zaraz potem mężczyzna mógł powrócić do rzeczywistości. Nazwiska, zwłaszcza kapłana, były czymś jak najbardziej namacalnym i realnym. Szkoda, że Krtań nie interesował się religią Vrliki dla samej ciekawości etnograficznej, wtedy może i zapragnąłby obejrzeć świątynną księgę. Tymczasem pozostało mu trzymać się wyznaczonego planu – odwiedzić starszyznę, a właściwie jej najważniejszego przedstawiciela, podszkolić Timma we władaniu mieczem a w końcu udać się do Kristy i… czekać. Był to plan prosty, ale znając tutejszą mentalność i naturę rzeczy, po drodze mogło zdarzyć się cokolwiek – choćby jakaś wyjątkowo okrutna śnieżyca – co mogłoby go udaremnić. Tak czy siak, Egzarcha wyszedł z rozmowy ze stolarzem bogatszy o kilka informacji, z wciąż czającą się na dnie serca nadzieją, że mordercą jest jednak człek o wyjątkowo spaczonym poczuciu humoru, który doskonale zna historię wioski. Nadzieją o tyle lichą, że Sechmann sam dostrzegł pewne elementy wskazujące na powiązania morderstw z magią – aura w opuszczonej chacie, szczątki zaklętego przedmiotu w ranie… A do tego dochodziły też doniesienia o zjawiskach, które nie dało się wytłumaczyć li i jedynie przywidzeniem czy dziecięcym bajdurzeniem. Mając te i inne myśli w głowie, Waldgrosseńczyk pożegnał się ze stolarzem.
  – To ja dziękuję. Gromadzenie informacji o tym miejscu jest wspaniałe, zwykle jednak nikt nie chce, bym dzielił się swą wiedzą… – odparł skwapliwie Janik. Widać było, że zapałał pewną dozą sympatii do tego wysokiego mężczyzny, który uznał go za autorytet w kwestii vrlikańskiego folkloru. Niestety, ową sympatię przyćmiło nieco wrażenie, jakie wywarło na nim wypowiedziane mimochodem ostrzeżenie.– Uważam panie, ten las… Nic mi się tu nie stanie – rzekł, nie tłumacząc, skąd bierze się jego pewność. Pozostawało tylko mieć nadzieję, że niespełniony bard nie zostanie kolejnym wisielcem z rozpłataną piersią.
  Poszukiwanie domu Anny dało Vitavowi możliwość zapoznania się z tą bogatszą częścią wioski. Do tej pory jedynym porządnym budynkiem, jaki widział w całej okazałości, był sklep Kristy i Juny. Tymczasem przy ulicy prowadzącej do świątyni stały murowane domy, wszystkie solidne i już poprzez szerokie fasady i zdobione okiennice odcinające się od biedoty kurników i nieomal rozsypujących się pod ciężarem śniegu chat, takich jak na przykład ta, w której mieszka Janik. Ktoś cyniczny mógłby rzucić uwagą o dystrybucji dóbr, ale Sechmann – mimo że nie był zbyt pogodną duszą – był zbyt zajęty własnymi problemami, by jeszcze debatować w myślach nad strukturą mieszkańców. Dostrzegł domostwo Anny i ignorując ściskanie w dołku będące objawem pewnego niepokoju, zapukał do drzwi. Czekał, aż zostanie mu otworzone, a tymczasem mijały kolejne minuty. Z domu obok, piętrowego budynku, przed którym ktoś ustawił wydłużony głaz o zaostrzonej górnej krawędzi, przez co kamień przypominał rzeźbę człowieka w czapce, wyszła niewiasta odziana w błękitny płaszcz podszyty futrem. Była niska i mówiąc wprost, przeraźliwie wręcz otyła, a przy tym coś w jej twarzy nie podobało się Sechmannowi. Prawdopodobnie wyraz obrzydzenia na widok mężczyzny. Kobieta nic jednak nie powiedziała, po prostu przeszła obok domu przywódczyni. A potem jeszcze raz. Mijały chwile, a jedyną osobą towarzyszącą Krtani w oczekiwaniu na otworzenie drzwi była grubaska, która niby to dyskretnie krążyła w okolicy. Na wszystko jednak przychodzi czas, toteż w końcu Vitav miał okazję przedstawić się Annie. Była to pięćdziesięcioletnia kobieta, jakże jednak inna od Kristy. Przywódczyni starszyzny nie czuła potrzeby podkreślania swej kobiecości strojem, toteż odziana była w męski strój i ciężkie buciory uwalone trocinami. Pożółkłej, pergaminowej skóry nie pokrywał makijaż, a siwe włosy przystrzyżone były krótko. To wszystko sprawiało wrażenie, jakby Sechmann miał przed sobą mężczyznę, które pogłębiło tylko warknięte grubym, niedźwiedzim głosem „Wleźć”, gdy tylko Anna dostrzegła otyłą niewiastę, już gotową do podsłuchiwania.
  Mężczyzna znalazł się w ponurym mieszkaniu, nie korespondującym z pięknem fasady. Wnętrze było ponure nie tylko z powodu braku dostępu światła słonecznego przez zaciemnione okna, ale też z powodu braku jakichkolwiek ozdobnych przedmiotów. Meble były proste, na podłogach zamiast dywanów leżały szmaciane chodniki a na ścianach nie było obrazów, jakby właściciele całą swą potrzebę piękna wyrazili w zewnętrznym wyglądzie budynku. W dodatku było tu okropnie, kurewsko wręcz zimno. Vitav nawet miał wrażenie, że to stojąc pod drzwiami dłużej miał okazję do nagrzania się.
  – Wiem dobrze, że przyjechało tu trzech obcych, podobno w pomoc do drwala. Od kiedy to drwal potrzebuje miecza, a nie siekiery? – zapytała kobieta, wciąż dziwnie niskim głosem, jakby dobywał z piwnicy, a nie z jej krtani. – Chodzisz po wiosce, rozmawiasz z ludźmi… A twoich dwóch towarzyszy nigdzie nie ma. W tych niespokojnych czasach… przebywanie poza wioską jest niebezpieczne.
Ilość słów: 987

Awatar użytkownika
Vitav  
Administrator
Posty: 162
Miano: Vitav Sechmann
Pochodzenie: Królestwo Waldgrossen
Karta Postaci: http://novrahi.pl/viewtopic.php?f=14&t=149
Narrator: Eirlys
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 15/15
Korony: 47
Szylingi: 0
Pensy: 0

pn cze 25, 2018 5:52 pm  

  Ciekawskie lico otyłej kobiety całkowicie nie dziwiło Vitava, choć irytowało. Wścibskie babsko kluczyło wokół posiadłości Anny i przyglądało się Egzarsze. Coś w jej wzroku budziło pewną dozę niepokoju u mężczyzny. Ciężko było sprecyzować, o co konkretnie chodziło. Po prostu było w niej coś jeszcze odpychającego – jakby same wały tłuszczu okalające jej cielsko nie wystarczały. Anna niestety okazała się nie być zbyt pośpieszną osobą, bowiem trochę czasu jej zajęło doczłapanie do drzwi i otworzenie ich. A może coś przez ten czas chciała schować? Szyby przyciemnia się zwykle z innych powodów, ale tutaj najwięcej sensu temu nadawała chęć ukrycia czegokolwiek – pomyślał Sechmann, widząc uchylające się w końcu wrota prowadzące do domu przywódczyni starszyzny.
  Starsza kobieta o pergaminowej skórze, przyciętych krótko siwych włosach i – nawet pasującym do tak wyglądającej osoby – męskim ubiorze, na sam widok Egzarchy i chętnej do podsłuchiwania grubaski, ponagliła mężczyznę, by ten wszedł do środka.
  Śmiało można było powiedzieć, że albo Anna nie miała zmysłu estetycznego i nie potrafiła urządzać wnętrz, albo była osobistością tak ponurą, że wszechobecny mrok i surowość była dla niej komfortowa. Budynek z zewnątrz prezentował się nad wyraz okazale, za to w środku... Już u Holgera było lepiej – skwitował w myślach. Nie przyszedł jednak rozmyślać o umeblowaniu domostwa przywódczyni Vrliki. Przyszedł po coś innego.
  Rąbanie drewna razem z Riedlem to jedna sprawa, a machanie mieczem to druga — odparł — Skusiły mnie też inne rzeczy, choćby historia osady i obrzędy tu przeprowadzane. Szczególnie zaintrygowała mnie ta, w której w ofierze składano dzieci złej daty. Choć moje myśli bardziej uciekają w stronę waszego Wysłannika Onych. Moi towarzysze zaś... — Na chwilę zamilkł i przegryzł popękaną wargę. — Można śmiało założyć, że oboje nie żyją. Jeden powiesił się, a raczej został powieszony w tej chacie, gdzie pierwotnie mieszkać miał drwal. Drugi pobiegł w las i do tej pory nie wrócił. Jak nie zamarzł to zjadły go dzikie zwierzęta. Za to ja jestem nieco ostrożniejszy, a swój brak nierozwagi nadrabiam ciekawością. Swoją drogą, wieści szybko się roznoszą, skoro nie ma ich ledwo dnia, a już chodzą plotki, że zniknęli. Równie dobrze mogli źle się poczuć i zostać w chacie Holgera. Podejrzewam, że nie miałby nic przeciwko temu, byle mieć kompanów do picia. Ludzie i tak zdają się nie chcieć płacić za drewno — dokończył. Nie mówił wprost, jedynie sugerował pewne rzeczy. Wiedział, że kobieta nie jest głupia, toteż nie czuł potrzeby tłumaczenia jej wszystkiego jak jakiemuś niespełna rozumu dziecku.
  I tutaj zaczynają się moje pytania. Domyślam się, że uporczywie pozostajecie przy wersji, że to dzikie zwierzęta zabijają, wygryzają serca, a potem wieszają ludzi na drzewach, tylko po to, żeby nie wywoływać zbędnej paniki. Co mniej rozgarnięci zdają się chyba w to wierzyć, co samo w sobie jest w moim odczuciu niedorzeczne. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić wilka czy niedźwiedzia wiążącego pętlę, nakładającego ją na czyjąś szyję, a potem przywiązywanie do drzewa. Czy w jakiejkolwiek innej kolejności. Skoro ich to uspokaja – to dobrze. Nie przyszedłem szkodzić. Przyszedłem zaoferować swą pomoc. Której udzielę bez względu na podejście wszystkich wokół — spojrzał Annie w oczy. — I to tylko od ludzi, którzy żyją tu od lat i wiedzą więcej zależy, jak wiele czasu mi to zajmie. Dlatego przychodzę tutaj, zanim zabrnie to za daleko. Na ścianach domostw zaczynają pojawiać się napisy nabazgrane krwią. W końcu wilki przestaną wystarczać — rzekł. I zamilkł. Dał kobiecie chwilę na zastanowienie się i odpowiedź. Sam nie wiązał z wizytą tutaj zbyt wielkich nadziei, ale przynajmniej chciał zachować pozory, jakby było na odwrót.
Ilość słów: 689

Awatar użytkownika
Eirlys
Administrator
Posty: 53

sob cze 30, 2018 8:00 pm  

Narrator

  Nazbyt ciekawska jasnowłosa stanowiła dla Sechmanna zaledwie dodatek do krajobrazu – irytujący, ale na tyle dobrze wpasowujący się w zachowanie wieśniaków, że nie czuł potrzeby reagować. Ostatecznie Vrlikanie już i tak swoje o nim napletli, po cóż więc przejmować się tym, że jakaś niewiasta krąży niczym sęp nad padliną, byle tylko dowiedzieć się, czego przybysz chce od Anny. Przywódczyni starszyzny – być może specjalnie, a może całkiem nieumyślnie – przedłużała czas oczekiwania, dając Krtani możliwość przypatrzenia się dokładnie misternym zdobieniom na drzwiach, a tłustej kobiecie – możliwość jak najlepszego zapoznania się z fizjonomią ponurego Egzarchy.
  W końcu mężczyzna znalazł się w środku. Zaczerpnął mroźnego powietrza, które aż drapało w gardło i rozejrzał się dyskretnie dookoła. Nagie ściany, proste meble, brak ozdób czy jakichkolwiek osobistych przedmiotów. Anna zmarnowała cały potencjał, jaki dawała jej piękna elewacja, gdyż mieszkanie urządziła sobie nadzwyczaj biednie. Wszystko było tu proste, surowe i dziwnie jakoś tak… męskie, zupełnie jak gospodyni, na której lata odcisnęły wyraźne piętno. Sechmann jednak nie przyszedł tu z zamiarem kontemplowania kobiecych wdzięków, toteż zaledwie zauważył wszystkie te elementy, nie poświęcając im więcej uwagi. Odpowiedział kobiecie na jej nieco zaczepną uwagę. Gdy tylko powiedział o swoich powodach przybycia do Vrliki, kobieta gestem nakazała mu przejść do sąsiedniego pomieszczenia pogrążonego w mroku. Anna podążyła za Krtanią, a ich kroki były dziwnie wygłuszone w tym dziwnym, pustym domu. Oczywiście powodem była cienka warstewka trocin, które były rozsypane w różnych częściach pomieszczenia, tworząc ścieżki do poszczególnych mebli – kredensu, stołu i paleniska, którego nikt od dawien nie używał, sądząc po tym, w jak idealnej czystości został utrzymany. Obok niego brakło drewna na rozpałkę, miejsce swe znalazł jednak pogrzebacz, wetknięty do słomianego kosza razem z małym toporkiem. Wszystkie te trzy główne elementy wystroju – długi stół z drewnianymi ławami po obu stronach i krzesłem bez obicia u szczytu, palenisko bez drwa za to z pogrzebaczem oraz kredens – zostały ustawione w trójkąt, tak że stół zajmował wierzchołek, a pozostałe rzeczy zostały ułożone w rogach po obu stronach okna.
  Przywódczyni starszyzny usiadła na ławie, bezgłośnie nakazując gościowi zajęcie miejsca na krześle. W normalnej sytuacji to gospodyni powinna zająć honorowe miejsce, nietrudno się jednak było domyślić, że pozbawiony obicia mebel może być bardzo niewygodny dla kogoś tak starego, jak Anna.
  – Gdybyś był młodszy, powiedziałabym, że twoje słowa są wynikiem młodzieńczej głupoty… Te szczeniaki… – niewiasta odpowiedziała swym grubym głosem, który w ciszy pustego mieszkania zdawał się być jeszcze niższy i bardziej złowrogi. – Ano, ludzie gadają i obserwują uważnie, zwłaszcza tych, którzy zadają się z drwalem. Nietrudno było zauważyć, że ludzi jest niby więcej, a na widoku jesteś tylko ty. W dodatku chodzisz od człowieka do człowieka… Nawet z tym złodziejskim nasieniem, zakałą naszej wioski rozmawiałeś. Ale dobrze, wiem, że ojciec tej złodziejskiej bandy się powiesił, dobrze, że ktoś porozmawiał z tymi histeryczkami, jego córkami… – odparła kobieta, tym samym udowadniając, że jak na przywódczynię starszyzny zdającej się nie widzieć zagrożenia, wie całkiem sporo. Staruszka puściła mimo uszu uwagę o niepłaceniu za pracę drwala, zupełnie jakby Vitav tym samym i nie skrytykował jej samej. Widać było po niej, że bardzo chce coś powiedzieć, bo rozsiadła się wygodnie na ławie, zajmując miejsce, które normalnie zajęłyby dwie osoby. Nie odprężyła się jednak całkiem, gdyż co jakiś czas zerkała to na pogrzebacz – czy raczej towarzyszący mu toporek – to na drzwi. Z miejsce, w którym siedziała, i tak do obu miałaby dość daleko – stół zagradzał wyjście, a siedzący na krześle Sechmann uniemożliwiał szybkie pochwycenie broni. Niewiasta jednak raz po raz zerkała to na jedno z przestrachem, to na drugie z nadzieją.
  – Jeśli ktoś ci powiedział, że starszyzna ogłosiła, że to wilki wieszają ludzi, to tym gorzej dla ciebie, że uwierzyłeś w to, że moglibyśmy rozpowiadać takie głupoty. Wilki jednak naprawdę zachowują się coraz dziwniej, śmierć twego kompana to potwierdza. Nie musisz nam wierzyć, sam przecież nie widziałeś, aby ktoś ginął niedaleko ciebie, znajdywałeś co najwyżej wisielców. Wiedz jednak, że jeśli zobaczysz wilki, to gdzieś obok będzie też samobójca. Bestie ostatnio zaczęły wyczuwać te rzeczy, aż warto czasem się wsłuchać, czy wiatr nie tłumi wycia. Ale… Jesteś obcy. Nie rozumiesz tej wioski, nie wiesz, jak zająć się jej mieszkańcami. Wychowałam się tutaj i znam tych ludzi. Mówisz o groźbach. A kto je do tej pory dostał? Żaden porządny Vrlikanin nie był nigdy nękany, nie ma sensu tracić sił i czasu, a może i czegoś ważniejszego, dla tych zgniłych jaj.
  Sechmann dostał swoją odpowiedź. Nie tylko dostał potwierdzenie, że Anna nie udzieli mu pomocy, ale też dostał jasny przekaz, że krwawe wierszydła są winą samych ofiar, a starszyzna nie tknie palcem, by kogokolwiek ocalić. Mężczyzna jednak niczego innego nie oczekiwał, gdy tak siedział na krześle tak wygodnym, że już bardziej komfortowa wydawała się trumna. W pewnym momencie, gdy jego ciało zaprotestowało przeciwko tkwieniu w godnej poważnego człowieka o silnej woli pozycji, usłyszał trzask brutalnie otwartych okiennic, który dobył się z korytarza. Dało się słyszeć świst wiatru a przedpokój zalało może nie ostre światło, ale na chwilę było tam jasno jak w mieszkaniu normalnego człowieka. Po chwili wiatr ponownie zatrzasnął okiennice, a Anna już szła w tamtym kierunku, mrucząc pod nosem coś o smarkatych tyłkach, które należy zdzielić pogrzebaczem.
Ilość słów: 1042

Awatar użytkownika
Vitav  
Administrator
Posty: 162
Miano: Vitav Sechmann
Pochodzenie: Królestwo Waldgrossen
Karta Postaci: http://novrahi.pl/viewtopic.php?f=14&t=149
Narrator: Eirlys
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 15/15
Korony: 47
Szylingi: 0
Pensy: 0

pn lip 02, 2018 6:44 pm  

  Nim kobieta zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, bądź zagestykulować, Sechmann rozejrzał się jeszcze trochę po pomieszczeni, w którym obecnie się znajdował. Prócz gołych ścian, miał nadzieję dostrzec coś nad wyraz interesującego, coś rzucającego się w oczy. Coś, co nakieruje go na konkretny trop, coś co powie mu nieco więcej o przywódczyni osady w Białym Lesie. W końcu miała to być jego ostatnia na dziś wizyta w celu pozyskania kolejnych informacji. I miał z niej zamiar wyciągnąć jak najwięcej, wyeksploatować do cna możliwości, nie pozostawiając nawet odrobiny jakichkolwiek przydatnych spostrzeżeń. Jak na początku z odwiedzinami Anny nie wiązał zbytnich nadziei, tak im głębiej w las, tym bardziej był przeświadczony o tym, że ostatecznie był to dobry pomysł, który może rzucić światło na parę nierozwikłanych dotąd spraw. Skupił więc się uważnie na tym co widział przed sobą, poddając to szybkiej analizie w myślach.
  Na ścianach pusto, meble zwyczajne, żeby biedne nie rzec, ozdób nie stwierdzono. Aż szkoda tak pokaźnego z zewnątrz budynku. Ciekawe czy sama tak ogołociła wnętrze. Dom wygląda na sporo starszy, a skoro wzniesiono go z takim, jak na Vrlikę, rozmachem, to i wyposażenie bogatsze pewnie było. No ale tak, niektórzy są szaleni... Zresztą, nie moja sprawa jak sypia — na rozmyślania na temat umeblowania domu Anny poświęcił zaledwie krótką chwilę. Parę zdań wypowiedzianych do samego siebie, delikatne skrzywienie ust, ale i pewien podziw. Jako członek starszyzny, a nawet jej przywódczyni, na brak koron pewnie nie narzekała. A i rodzina stolarzy raczej skora była pomóc, nawet nieodpłatnie, komuś tak dla osady tej ważnemu.
  Chwilę potem, Anna prostym gestem ręki, wskazała Sechmannowi, by ten przeszedł do pomieszczenia obok. Dziwactwo — pomyślał, widząc rozsypane po podłożu trociny, które skutecznie tłumiły wszelkie odgłosy stawianych przez nich kroków. W oko wpadło mu też palenisko, które zdawało się od dawna nie palić. — Nic dziwnego, że tak tu zimno. Co z tą kobietą jest nie tak? — raz jeszcze rzucił do siebie w myślach, a potem szybko wrócił do rzeczywistości. Zasiadł na krześle, przyglądając się jeszcze pogrzebaczowi i małemu toporkowi. W końcu jednak ponownie skierował wzrok ku Annie. Bo i tak się odezwała. A głos miała tak zimny, jak zimno było w tym pomieszczeniu. Vitava aż przeszły ciarki, czego postarał się nie okazywać.
  Sam się nie powiesił, zaznaczę raz jeszcze — wtrącił się, kiedy kobieta mówiła o ojcu złodziejek. —A jego córki... Wątpię, żeby się uspokoiły. Rzeczywistości lepiej się trzyma dzieciak jednej z nich — uważnie przyglądał się zachowaniu kobiety, która z uporem co chwilę zerkała w stronę przyuważonego wcześniej przez Sechmanna toporka. Nie miał pojęcia czego się bała, bo gdyby chodziło o niego, raczej popadłby w zdziwienie. Nie miał zamiaru jakkolwiek wcześniej jej przestraszyć, a jedynie dać pełny obraz tego, po co ją odwiedził. Bezpodstawne mordowanie ludzi, tylko dlatego, że nie chcieli czegoś powiedzieć, mijało się z celem. Czy byłby wtedy lepszy od Pierwszego? Cóż, według niektórych umysłów pewnie i tak by było. Mniejsze zło, by wyeliminować większe zło. Vitav starał się jednak unikać takich metod, przynajmniej póki co. Wierzył, że nadal da się rozwiązać to wszystko bez niepotrzebnego rozlewu krwi. — Ten chłopczyk wspominał o dziwnej istocie jaką widział. Blada twarz, szkarłatne oczy, patykowata sylwetka. On nie wiedział o czym mówił. Ale ja tak, przynajmniej według tego opisu. Macie tu problemy natury magicznej, takiej która nękała kontynent już wcześniej. Dokładnie to jakieś 24 lata temu. I ktoś taki jak ty, Anno, winien o tym dobrze wiedzieć — dodał. Pozwolił kobiecie mówić dalej.
  Kolejne słowa przywódczyni osady wprawiły Vitava w coś pomiędzy zakłopotaniem, zdziwieniem, a drobną pogardą. Skrzywił usta w grymasie, założył rękę na rękę i wyprostował się na krześle. Nim się odezwał, raz jeszcze przeleciał wzrokiem po pomieszczeniu, by zatrzymać ów na licu podstarzałej liderki. Otworzył usta, a gdy mówił, widział jak wydychane przy tym powietrze zamienia się w parę. I to mu przypomniało o tym, jak zimno tu jest.
  Po jednym wieczorze spędzonym tutaj, byłem skłonny uwierzyć w wiele rzeczy. Bacząc na zamknięte społeczeństwo, nie byłoby dla mnie żadnym zdziwieniem, gdyby starszyzna rzeczywiście głosiła takie brednie. Poza tym, na Onych! — lekko się zirytował. — Nie muszę znać waszych zwyczajów, żeby stwierdzić, że słowa przez ciebie wypowiadane są obrazą dla moralności i ludzkich odruchów. Nawet jeśli Riedl czy Krista mają swoje za uszami, to nie znaczy od razu, że należy ich mordować. Cierpią na tym również niewinni, którzy obrywają przez przypadek. Choćby ten chłopak co drwalowi pomaga. Albo córka tkaczki, chociaż... Chociaż ona wydaje się być zepsuta po pewnymi względami. Ale nic z tych rzeczy nie zaszkodziłoby ogółowi. I proszę, przestań nazywać tych wisielców samobójcami. Samobójca nie byłby w stanie wyrwać sobie serca, a potem się powiesić, bądź na odwrót. A bez problemu byłem w stanie stwierdzić, że jak znalazłem Saladyna, tego Nerdyjczyka, z którym tu zajechałem, to jeszcze żył kiedy grzebano mu w klatce piersiowej. I wisiał — mówił z przejęciem, poirytowany postawą Anny. — Tymczasem ty wychodzisz z założenia, że giną jedynie ludzie będący, jak to określiłaś, zgniłymi jajami. Już śmierć moich towarzyszy temu przeczy. A jeśli ich pominąć, to nadal nie eliminuje problemu. Coś te osoby morduje — kontynuował — Może łatwiej byłoby mi pewne rzeczy zrozumieć, gdyby ktoś w końcu wyjaśnił mi co takiego złego jest w Riedlu, czy tkaczce. O złodziejach nie wspominam, bo to dość oczywisty przypadek — dodał, już nieco spokojniejszym, delikatnie zrezygnowanym tonem. Mimo wszystko chciał pozbyć się napięcia, które przed chwilą sam stworzył. I już oczekiwał odpowiedzi, zaczynając się wiercić na arcy-niewygodnym krześle, aż tu nagle coś trzasło.
  Szybki rzut okiem i chwilowe oślepienie. Światło wpadło do – mocno zaciemnionego do tej pory – pomieszczenia. Sam wstał i też ruszył w tym kierunku, będąc jednak nieco ostrożniejszym, niźli kobieta, zdająca się być święcie przekonana o tym, że to robota małych łobuzów.
  Gówiarz nie trzasnąłby okiennicą z taką siłą, zresztą na cholerę miałby to robić. To samo zdarzyło się u drwala, a tam gnojki raczej się nie zapuszczają, przynajmniej nie kiedy słońca brak, a wokół ciemno jak w, za przeproszenie, rzyci. Dla Pierwszego każdy jest człowiekiem w takim samym stopniu, pamiętaj. Jakkolwiek byście go nie czcili przed laty, on nadal będzie bestią, która chce się tylko wami nasycić i głęboko w poważaniu ma w jaki sposób do niego podchodzicie. Uważaj na siebie, nikt nie jest nietykalny — rzekł, kierując się już powoli w stronę wyjścia. Krokiem jednak tak powolnym, że aż wyraźnie ukazującym, iż mężczyzna ma nadzieję, iż Anna zechce powiedzieć coś jeszcze. W międzyczasie nadal rozglądał się po korytarzu.
  Jeśli zaś kobieta nie wyrzuciła z siebie już żadnej dawki mądrości, bądź przydatnych informacji – które zresztą Vitav wolał zdecydowanie bardziej, od zbędnego gadania o tym, że jest obcy i nie rozumie zwyczajów mieszkańców Vrliki – po prostu opuścił budynek, żegnając się z nią wcześniej. A swe dalsze kroki skierował w miejsce, w którym najbardziej prawdopodobny był kolejny "atak" – do domu Kristy. Mając mimo wszystko na uwadze słowa Anny.
  Kiedy opuszczał domostwo przywódczyni osady, znów uderzył w niego ten specyficzny rodzaj chłodu. Ten zdający się dawać ciepło, miast zimna. A wszystkiemu winna była atmosfera panująca wewnątrz budynku zamieszkałego przez kobietę, co to bardziej mężczyznę przypominała. Zarówno z wyglądu, jak i z głosu. Jego rozum nadal nie był w stanie dojść do tego, jak ktokolwiek może żyć w takich warunkach. Jak można było tam nie zamarznąć lub przynajmniej ciężko się rozchorować. Żeby w tym palenisku były chociaż jakiekolwiek ślady, jakaś sadza, cokolwiek. Ale nie. To się zwyczajnie w głowie nie mieściło. Przynajmniej nie tej spoczywającej jeszcze na karku Sechmanna. To zagadnienie było zresztą zapewne dziwne nie tylko dla samego Egzarchy. Ba! Vitav był nawet skłonny doszukiwać się w tym kolejnej intrygi, jakichś przedziwnych mocy wiążących się z odpornością na wszelkie zimno, którymi w zamian za niewinne owieczki prowadzone na rzeź, obdarzył ją ów Pierwszy. Syn Roderyka może i nie miał wielkiego pojęcia na temat tych istot, był jednak pewny, że i one potrafią przeprowadzać rytuały. Nie doszukał się jednak na ciele Anny żadnych śladów po takim zabiegu. Choć może to tylko dlatego, że nie widział jej w całej okazałości? Z drugiej strony nawet by nie chciał. Ostatecznie jednak gustował w sporo – od Anny – młodszych dziewojach.
  Zgniłe jaja. Co za miejsce, na Onych. Idąc tym tropem, wychodziłoby na to, że nawet jeśli to Krista coś nawywijała, to Juna jest tego doskonale świadoma. I świetnie też wie o tym, że Pierwszy w pierwszej kolejności oporządza tych, co to swoje za uszami mają. Młode, ale bystre. A na pewno bystrzejsze od matki. Za Holgerem ciągną się niedokończone sprawy z Sułtanatu i tyle wiem. Ciężko ułożyć z tego coś konkretniejszego. Tylko Timma szkoda, dobry chłopak — rozmyślał przeprawiając się przez kolejne zaspy. Miał nadzieję jak najszybciej dostać się do sklepu tkaczek. Tam miał zaś nadzieję zamienić jeszcze parę słów z młodszą kobietą. Ta zdawała się mimo wszystko zdecydowanie lepiej stąpać po ziemi i być wbrew pozorom inteligentną bestią. Wcześniej miał jeszcze oczywiście zamiar poćwiczyć z młodym Nerdyjczykiem, przynajmniej przez chwilę. Choćby po to, by sprawdzić jego rzeczywiste umiejętności. Młodzik niby to nieśmiało, ale jednak przechwalał się, że Riedl nauczył go tego i owego. Pora była na skonfrontowanie tych słów. A potem chwilę medytacji, solidny posiłek i oczekiwanie nocy. Ta zaś w umyśle Sechmanna jawiła się jako przełomowa. Albo coś nas zaatakuje i w końcu pokaże swój plugawy ryj, albo rzuci się na Holgera. Byle w razie czego pijaczyna był w stanie zrobić użytek z tej swojej zaklętej siekiery. Kto by pomyślał, że od ilości alkoholu we krwi, czy w jego przypadku raczej krwi w alkoholu, będzie zależeć riedlowe być albo nie być. Ale wierzę, że sobie poradzi. Sukinsyn wydawał się twardy. A te kobiety zdecydowanie bardziej potrzebują mojej pomocy. Jeśli Pierwszy wdarłby się do nich, to byłyby kompletnie bezbronne — przez jego głowę przechodziły najróżniejsze scenariusze. Od tych mrocznych, aż po – jak na standardy Vrliki – pogodne. Wiedział już nawet co zrobi z samego rana, kiedy słońce wyjdzie zza horyzontu i oświetli Biały Las. Jak najszybciej wyruszy do chaty Riedla, by sprawdzić jak ów się miewa i czy przypadkiem gdzieś nie zawisł. W końcu wydawał się być całkiem przejęty groźbą, która została napisana krwią na jego oknie.
  Jednak mimo tego – tak typowego dla dzierżyciela Pokuty – natłoku myśli, starał zachowywać się trzeźwość umysłu. Rozglądał się po lesie z taką uwagą i przejęciem, że kilka razy nieomal przewrócił się w śniegu, zahaczając wcześniej nogą o korzeń drzewa, bądź po prostu nie spodziewając się tak głębokiej zaspy. Cały czas był gotów dobyć miecza i stanąć w szranki z ewentualnym przeciwnikiem. Po cichu liczył jednak na to, że na miejsce dotrze spokojnie, bądź przynajmniej w jednym kawałku...
Ilość słów: 2076

Awatar użytkownika
Eirlys
Administrator
Posty: 53

wt lip 03, 2018 7:45 pm  

Narrator

  Rzut oka na wystrój domu Anny pozwolił Sechmannowi dowiedzieć się tylko tyle, że z jakiegoś powodu kobieta w bardzo dosłowny sposób potraktowała minimalizm. Wnętrze było nagie i surowe, ponure jak Vrlika, gdzie wiecznie pada śnieg, a kolejne morderstwa są zbywane przez starszyznę i tłumaczone jakąś lichą historyjką. Jedyne, co było zaskakujące w tym wnętrzu, to trociny, których prędzej spodziewać by się można było u stolarza lub Holgera. Czemu jednak znajdowały się one w czystym poza tym mieszkaniu, w którym mieszkała samotna kobieta, tego Vitav nie wiedział. Czy złożyć to na karb dziwactwa lub nawet szaleństwa tej dziwnie męskiej starowinki, czy też próbować znaleźć jakieś logiczne wyjaśnienie? Egzarcha w krótkich, niezbyt przychylnych słowach dokonał oceny owego domu, oczywiście jedynie w myślach. Chociaż nie wiązał z tą wizytą jakichś wielkich nadziei, odbywając ją raczej z poczucia obowiązku niż jakiegoś wewnętrznego przekonania, nie chciał zrazić do siebie samej przywódczyni starszyzny. Już i tak wszyscy dookoła dali poznać po sobie, że Vrlikanie są wyjątkowo zamkniętą społecznością, niczym sekta. Sekta, która przed laty dokonywała okrutnych rytuałów, prawdopodobnie w ramach paktu z Pierwszym. Nawet jeśli obecnie żyjący nie zdawali sobie z tego sprawy, a obeznani z historią osady mieszkańcy traktowali ten epizod raczej jako ciekawostkę, nie dało się ukryć, że owa mroczna przeszłość cieniem kładła się na ich obecne życie. Tak przynajmniej podejrzewał Vitav. Tak samo jak wiele innych rzeczy, w głębi serca licząc na to, że zbyt prędko nie będzie musiał konfrontować swych teorii z rzeczywistością. Chciał być przygotowany na starcie, temu też wysłał swego chowańca z posłaniem do Initium, aby zwołać pomoc.
  Nie czas było jednak rozmyślać nad tym. Mężczyzna znalazł się w przestronnym, ale pustawym pomieszczeniu i zajął zaszczytne miejsce na niezmiernie niewygodnym krześle. Anna posadziła go stosunkowo blisko paleniska, ale niestety nie dane mu było skorzystać z tego – ogień już od dawna nim nie płonął. Wskazywała na to bardzo niska temperatura pomieszczenia. Jeszcze trochę, a Vitav mógłby odnieść wrażenie, że jego zgrabiałe z zimna palce zamienią się w sople lodu, niczym w starej baśni dla dzieci o wiedźmie, która panowała nad zimą. Baśń ta służyła za straszak dla niegrzecznych dzieci, ale odkąd Sechmann znalazł się we Vrlice, mógł odnieść wrażenie, że oto znajduje się w więzieniu stworzonym przez ową czarownicę. Ponura Anna o niskim głosie, który zdawać by się mogło, że wydobywa się spod ziemi, a nie z ludzkiego gardła, świetnie mogłaby uchodzić za taką postać. Wzbudziła przerażenie nawet w Egzarsze, mimo że kobieta nie mogła mu nic zrobić. Nie czuł od niej magii – chociaż też i nie próbował zbadać jej aury – a to on miał pod ręką nie tylko swój miecz, ale i toporek z jakiegoś powodu tkwiący obok pogrzebacza. A cóż to była za dziwna broń! Toporek na pierwszy rzut oka wydawał się całkiem zwyczajny, jednak wprawne oko szybko mogło dostrzec, że jego ostrze było ponownie przetapiane. Znać było ślady na podobieństwo ścieżek w jego strukturze, zwłaszcza w najszerszej części. Ślady te ciemniejszymi liniami odcinały się od naostrzonej stali, Sechmann jednak nie zdecydował się podczas swej wizyty na dokładniejsze zbadanie przedmiotu. Nie to miał w głowie, gdy słuchał wypowiedzi przywódczyni starszyzny. Staruszka dość autorytatywnie wypowiedziała się o stanowisku starszyzny, a także o charakterze osób, które otrzymały groźby. Mężczyzna jednak nie był zastraszoną owieczką, nawet pomimo dreszczu, który wcześniej przeszedł jego ciało. Sprostował niektóre słowa kobiety, ponownie poddał w wątpliwość teorię samobójstw… Słowem, nie zgodził się z Anną, co wywołało wyraźną irytację na obliczu kobiety. Zagryzła wąskie wargi, a jej czoło przeszyła kolejne zmarszczka, gdy zmrużyła oczy. Wyglądała teraz jak drapieżnik, który mierzy wzrokiem rywala, który znalazł się na jego terytorium.
  – Powiesił się, czy kto inny go powiesił… Nie rozumiesz, że nie o to chodzi w tym wszystkim? Z wszystkich osób, które znalazły wisielca, nikt nie jest normalny, a przynajmniej nie był taki, gdy o tym opowiadał… –co jednak kobieta miała na myśli, tego Sechmannowi nie dane było się dowiedzieć. Ponownie zerknęła na topór, a Vitav dostrzegł przy tym, że przez rączkę leżącego obok pogrzebacza ktoś przewiesił srebrny łańcuch, z rodzaju tych, jakie niewiasty zwykły nosić ku ozdobie. Dziwne miejsce na trzymanie biżuterii. Jeszcze dziwniejszy był fakt, że Anna, kobieta nosząca się po męsku, posiadała jakikolwiek wisiorek. W dodatku łańcuszek wydawał się Egzarsze dziwnie znajomy, ale czego się spodziewać, biorąc pod uwagę, że nie zwykł zwracać uwagi na babskie świecidełka? Vrlika, osada jako tako funkcjonująca tylko dzięki handlowi z innymi wioskami widocznie nie była dobrym miejscem na zapewnienie różnorodności w tak trywialnych produktach, jak ozdoby.
  – Ha, wierzyć bajaniom jakiegoś chłopaka – rzuciła Anna kwaśno, gdy Sechmann podjął temat tego, o czym opowiedział mu najmłodszy przedstawiciel złodziejskiej rodziny. Umilkła jednak, gdy Krtań powiedział, że zna istotę pasującą do owego opisu. – Tak też opisywany był wysłannik Onych w legendach. Ktoś musiał naopowiadać dziecku tych historii. A dzieciak był zbyt przerażony i po śmierci dziadka wyjawił swój koszmar. – Rzekła z przekonaniem. Widać było, że co by Vitav nie powiedział, przywódczyni znalazłaby na to wiarygodną według niej odpowiedź. Mówiła pewnym siebie głosem, nic dziwnego więc, że Vrlikanie słuchali tej kobiety i nie kwestionowali jej słów. Oczywiście poza drwalem, jego wychowankiem oraz Juną. Ale oni byli przecież zgniłymi jajami, ich opinia nie była istotna. Gdy Egzarcha wysłuchał tego epitetu – a także wszystkiego innego, co powiedziała staruszka – poczuł niesmak. Nie czuł potrzeby ukrycia swych odczuć, toteż i Anna przestała się kryć za swą maską. Do tej pory nie sprawiała sympatycznego wrażenia, gdy jednak przybysz odpowiedział na jej zarzuty, twarz kobiety wyglądała, jakby ta rzeczywiście była wiedźmą gotową na pożarcie żywcem niewinnych dzieciątek.
  – Słowo przeciwko słowu. Cóż z tego, że masz wiedzę, która według ciebie pozwala stwierdzić, czy ktoś żył, czy też nie, gdy pozbawiano go serca? Co z tego, że obrusza się słowo „samobójcy” wobec wisielców? Nic. Jako przywódczyni starszyzny informuję cię, że twoje działania, chociaż twierdzisz, że mają pomóc wiosce, są wielce niebezpieczne. Skierowujesz na siebie gniew o wiele potężniejszy, niż sądzisz. Jątrzysz coś, czego nie należy roztrząsać. W dodatku powód twego pobytu jest tu niejasny. Ile drzew ściąłeś? Ile drwa zawiozłeś do wioski? Jutro poinformujemy drwala, że jeśli jego pomocnicy nie zamierzają włączyć się do pracy, Vrlika nie będzie mogła ich opłacić. A ceny produktów są tym wyższe, im cięższe czasy nadchodzą dla naszych sąsiadów. W sąsiedniej wiosce też zginął drwal, a także piekarz i cała młynarska rodzina. To oznacza, że chleb będzie droższy i będzie go mniej, niż w tamtym roku o tej porze. Nikt nie będzie mógł sobie pozwolić na karmienie darmozjadów. Riedl to zrozumie, nie jest tak głupi, jak wszyscy sądzą.
  Na nic się zdał łagodniejszy ton mężczyzny. Anna się zdenerwowała. Doszło do kolejnych gróźb. Może i ta nie była rymowana i nie napisano ją krwią, jednak Egzracha łatwo zrozumiał jej znaczenie. Jego pobyt w wiosce jest niepewny, o ile Holger nie zdecyduje się na sprzeciw wobec starszyzny. Drwal przecież nie płacił Sechmannowi za pomoc, jednak było pewne, że pieniądze były w tej sytuacji tylko zasłoną. Tak jak łatka samobójców była zasłoną na morderstwa. Nim jednak Vitav zdołał zareagować – czy to ze spokojem, czy też dając upust nagromadzonej frustracji, ktoś otworzył okiennice w oknie znajdującym się na korytarzu. Prawdopodobnie ta sama osoba – może i morderca, kto wie? – która zjawiła się u drwala. Lub też, wierząc Annie, dokonały tego niesforne dzieci. W tej sytuacji już nie wiadomo było, czy kobieta istotnie wierzy w tę brednię, czy też oszukuje samą siebie tak samo, jak mieszkańców wioski. Vitav, chyba już bardziej z obowiązku niż z wiary, że cokolwiek wytłumaczy tej upartej niczym osioł kobiecie, wyjaśnił, iż rola łobuziaków w tej sytuacji jest niezbyt wiarygodna. Kobieta odburknęła tylko coś nieskładnie, a mężczyzna dostrzegł, że tuż obok okna, które to niby zostało otworzone w ramach żartu, znajduje się zejście do piwnicy. Być może był to wynik paranoi Sechmanna, ale miał wrażenie, tak jak i w Anna rzuciła nieufne spojrzenie czarnej czeluści, jaka rozpościerała się na dole i prędkim krokiem przeszła do drzwi, aby otworzyć je przed swoim gościem. Wizyta została zakończona i nawet pomimo nikłych nadziei mężczyzny, staruszka nie podzieliła się z nim swoją wiedzą.
  Ezgarcha znalazł się na zewnątrz. Po przebywaniu w tym wyziębionym domu powietrze zdawało się być nie tylko ożywcze, ale i przyjemnie ciepłe. Oczywiście było to tylko wrażenie. Słońce, chociaż wciąż świeciło, obniżyło się znacznie na widnokręgu. Cienie dookoła stały się coraz dłuższe, a do domów przy ulicy zamieszkałej przez starszyznę zaczęli zmierzać ludzie z różnymi pakunkami. Wszyscy omijali Vitava, jakby został naznaczony klątwą, jakby już wiedzieli, że Anna chce się go pozbyć z wioski. Mijali go w grupkach, przerywając przyjacielskie pogawędki, aby posłać mu wyniosłe spojrzenia pełne pogardy. Jedynie pewien rudowłosy brodacz skinął mu głową na przywitanie, nim wszedł do sporego domu, znajdującego się naprzeciw drugiego takiego kolosa.
  Wkrótce mężczyzna znalazł się przed sklepem należącym do Juny i jej rzekomo schorowanej matki. Spotkał tu Timma, który stał przed wejściem, niepewny, czy chce wejść do środka. Na widok Egzarchy poderwał się jak tresowany piesek. Tak oto ponury mężczyzna stanął twarzą w twarz z jedyną osobą z grona osób, które może objąć groźba krwią spisana, a której to Vitav żałuje. Waldgrosseńczyk doceniał spryt Juny, oczywiście przy założeniu, że młódka ufundowała nagrodę z powodu wiedzy o jakichś winach swej matki, ale to wychowanek drwala był tym, kto wzbudzał w nim najcieplejsze uczucia. To młodzik, z całą swoją tu naiwnością, wydawał się najmniej skażoną złem duszą z tego towarzystwa. Nie chmurny, wiecznie zapijaczony drwal. Nie wyniosła i próżna Krista. Nie Juna, która prawdopodobnie zdradzała swego ukochanego.
  – Tak myślałem, że tu się spotkamy – rzekł Timm niepewnie. Przez ramię przerzuconą miał siekierę zamocowaną na skórzanym pasie, a u pasa tkwiła pochwa z mieczem i gładkiej, pozbawionej zdobień rękojeści. Na widok pomocnika Holgera w pełnym rynsztunku pewna otyła niewiasta w błękitnym płaszczu, skądinąd znana już Vitavowi, przeszła na drugą stronę placu, mówiąc do swej towarzyszki, młodej dziewczynie, której płomiennorude włosy wystawały spod chustki, że ci obcy zrobili się coraz bardziej zuchwali. Rudzielec jednak zamiast poprzeć grubaskę, rzuciła Timmowi zalotne spojrzenie, na co ten zarumienił się tak, że kolor jego twarzy mógł konkurować z barwą jej włosów. Chłopak odchrząknął i udając, że wcale się nie zaczerwienił, naśladując barwą głosu Krtań, rzekł: – To kiedy odbędziemy trening?
  Timm wyprostował się jak struna, a z siekierą i mieczem pod ręką wyglądał na prawdziwego wojownika. Lata, jakie spędził na rąbaniu drzew pomogły wymodelować sylwetkę, nawet pod grubym ubraniem znać było, że ciało chłopaka było umięśnione. Sechmann jednak wiedział, że oto wrażenie może być zwodnicze, o ile nikt o odpowiednich umiejętnościach nie podjął się nauki. W końcu władanie mieczem to nie to samo, co machanie siekierą, różnił się i chwyt, i cel. A jeśli wieczne pijaństwo pozbawiło Riedla dawnych umiejętności, nie było co liczyć na to, że przyuczył swego wychowanka i pomocnika w jednym to walki. Żeby jednak się o tym przekonać, Sechmann musiał sam sprawdzić młodzieńca. Najlepiej z dala od wścibskich oczu otyłej niewiasty i jej podobnych.
Ilość słów: 2184

Awatar użytkownika
Vitav  
Administrator
Posty: 162
Miano: Vitav Sechmann
Pochodzenie: Królestwo Waldgrossen
Karta Postaci: http://novrahi.pl/viewtopic.php?f=14&t=149
Narrator: Eirlys
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 15/15
Korony: 47
Szylingi: 0
Pensy: 0

czw lip 05, 2018 6:20 pm  

  Toporek ustawiony tuż obok pogrzebacza stale ściągał na siebie uwagę. Raz to zerkał na niego Sechmann, innym razem Anna. I tak to, na pozór zwyczajne narzędzie wydawało się być niemal zawsze w centrum uwagi, mimo braku bezpośredniego uczestnictwa w dość żywiołowej wymianie zdań, która wywiązała się pod sam koniec dyskusji. A ta przecież początkowo rokowała na przyjazną – a przynajmniej spokojną – rozmowę, której tematem przewodnim mieli być wisielcy. Nie potoczyła się ona do końca tak jakby chciał tego Vitav, jednakże wbrew pozorom co nieco do głowy mu wpadło. Wracając jednak do samego toporka... Zdaje się mieć ślady po żłobieniach. Nieco podobne do linii na Pokucie, ale ciężko stwierdzić z takiej odległości, czy jest, albo kiedykolwiek był zaklęty. Cholerna, pogmatwana wiocha. Wieśniacy mówiący w Sanctinie, zaklęte przedmioty na każdym kroku i jeszcze walnięty Pierwszy podający się za wysłannika Onych. Rękę dam sobie uciąć, że to on uczył ich języka. Nawet ten Janik gadał, że posługują się jeszcze archaicznymi zwrotami. Jak tylko coś się ułoży, to zaraz inne rzeczy rozpadają się na kawałki. A jak ta uparta oślica myśli, że dam sobie spokój po tych miernych groźbach, to grubo się myli. Już widzę jak Riedl kogokolwiek wyrzuca z domu, szczególnie po tym co znalazł na oknach. W takim wypadku to każdy myślący człowiek wolałby mieć przy sobie sojusznika potrafiącego sobie radzić z zagrożeniem, a nie pustą chatę i młodzika, który zaklętej broni w ręku nie trzymał — prychnął w myślach, słysząc słowa Anny. Przewrócił oczami i pokiwał głową z politowaniem. Prawdę mówiąc każdy miał pewne granice, a te Vitava zostały przekroczone przez wręcz śmieszne pogróżki starszej kobieciny. Nie pozostało mu nic innego, jak zostawić ją samą. Albo raczej z tym, co trzymała w piwnicy, bo jakoś tak dziwnie na pustkę, na tę czerń uwagę zwracała.
  Nie zdziwiłoby mnie, gdyby mieli w tych piwnicach łączące się ze sobą jaskinie. A przynajmniej ta starucha miałaby dom połączony z chatą, w której miał osiedlić się początkowo drwal. Jeszcze by się okazało, że to ona wtedy tam siedziała, a nie szczur... W sumie z twarzy podobne — zaśmiał się pod nosem ze swojego żartu. Pierwszy raz od kiedy tu przybył na twarzy Vitava zagościł uśmiech. Niestety, zniknął równie niespodziewanie, co się pojawił. Tak więc i Egzarsze nie pozostawało nic innego, jak opuścić dom Anny, niczym radość jego lico.
  Ludzie na zewnątrz zachowywali się co najmniej dziwnie, a jednak wydawało się to tak bardzo normalne. Kiedy człowiek zdołał już przywyknąć do rzeczy na ogół uznawanych za nie do końca normalne, to... Stawały się dla niego tą normalnością. Skrzywił się jedynie parę razy widząc mieszkańców Vrliki, którzy spoglądali na Sechmanna z pewną pogardą. Otyła kurwa musiała podsłuchiwać mimo wszystko. Szlag by trafił ciekawską świnię — burczał pod nosem, zacierając ręce by choć trochę je ogrzać. I tak przez całą drogę. Nie spostrzegł się nawet, kiedy był już pod sklepem Kristy. A tam czekał na niego Timm.
  Więc dobrze myślałeś. Nigdzie indziej bym nie poszedł, dość już mam tych gderliwych staruch. A nawet jeśli bym tu nie wrócił, to przez te przeklęte plotkary wieść o tym poniosłaby się do ciebie szybciej, niż ja sam bym o tym wiedział — odparł, nieco poirytowanym głosem. Szczególnie głośno wypowiedział ostatnie słowa, tak by dotarły do uszu grubaski. Dopiero potem zwrócił większą uwagę na obecną prezencję młodzieńca. Siekiera przewieszona przez plecy, bary szerokie, wyprostowany. Jeszcze miecz u pasa. No no, wyjątkowo pewny siebie. Ale każdy kiedyś lubił prężyć się przed młódkami — pomyślał, spoglądając kątem oka na rudowłosą dziewczynę. Ów niewiasta wydawała się być bardziej przejęta posturą Nerdyjczyka, niż plotkami. I już to było o wiele lepsze, niż roznoszenie po całej osadzie wieści na temat sechmannowej wizyty w domu Anny. Przynajmniej młode nie takie głupie — grymas powoli znikał z twarzy Egzarchy. Również wyprostował się i położył dłoń na rękojeści.
  Powinieneś zapytać jak długo będzie trwać, a nie kiedy. Ale nie będziemy krzyżować mieczy na ulicy. Za domem Juny jest spory kawałek ogrodzony murkiem. To dobre miejsce. Bez wścibskich oczu — odparł na pytanie Timma. Nieco zdziwił się tym, że z jakiegoś powodu stał się chyba swego rodzaju autorytetem dla młodego Nerdyjczyka.
  W każdym razie to dobrze, że tak się palisz do treningu. Do pierwszej części mojej rady już się zastosowałeś. Teraz posłuchaj drugiej: kiedy tylko możesz, unikaj prawdziwej walki na śmierć i życie. Nawet najlepsi szermierze popełniają błędy, nie tylko te drobne, ale też krytyczne. Pechowy dzień i tracisz życie. Ryzyko jest zawsze. Nawet durny wieśniak może wbić ci widły w plecy, a co dopiero zorganizowana grupa czy, nie dajcie Oni, Egzarchowie bądź Pierwsi. Krócej to będzie "trenuj dużo, walcz mało". Zwiększasz swoje szanse na przeżycie, a niektóre sprawy da się rozwiązać bez niepotrzebnego rozlewu krwi. Może i wolniej, ale za to satysfakcjonująco. Gdybym był narwańcem, już dawno... A zresztą. Nie ma o czym mówić. Chodźmy — skinął głową w stronę miejsca, w którym proponował trenować.
  Już w czasie krótkiego spaceru wyjął z miecz z pochwy i przyglądał się jego ostrzu. Liniom biegnącym po wysokiej jakości hartowanej stali. Przypominał sobie przez co przeszedł, a Pokuta niemal zawsze mu w tym towarzyszyła. Nawet nie zorientował się, kiedy wpuścił do zaklętego przedmiotu nieco energii, sprawiając, że żłobienia wypełniła jarząca się błękitem materia. Szybko się z tego otrząsnął i zaprzestał. Kiedy już znaleźli się na miejscu, na powrót schował broń do pochwy.
  Mógłbym założyć, że znasz podstawy, ale wolę być wszystkiego pewny — rzekł zbliżając się do młodzika. — Wyjmij ostrze i złap je prawidłowo. W taki sposób — mówił, prezentując Nerdyjczykowi zupełne podstawy szermierki. Jak dobrze chwycić rękojeść, jak ustawić nogi, w jaki sposób się poruszać, i że rzeczywiście w czasie walki należy być w ruchu cały czas. Pokazał jak ustawić się w pozycji defensywnej oraz ofensywnej. Dopiero kiedy był pewny, że Timm załapał, przeszedł do dalszej części. Odsunął się od niego o jakieś sześć metrów i sam dobył Pokuty. Ustawił się oczywiście w pozycji defensywnej. — Spróbuj mnie zaatakować. Póki co tak po prostu. Potem poćwiczymy bloki, a na końcu pokażę ci kilka mniej uczciwych zagrywek. Normalnie moglibyśmy pozwolić sobie na więcej, ale nie mamy ani mieczy treningowych, ani zwykłych kijów. Musimy dać sobie radę z tym co posiadamy — dodał, będąc gotowym na mające nadejść pierwsze próby ataku ze strony Nerdyjczyka. Kiedy tylko ten się zbliżał, Sechmann nie tylko odbijał uderzenia mieczem, ale też robił uniki, nie pozostając w bezruchu nawet na moment. Młodzik musiał samemu wyrobić sobie dobry oddech i nauczyć się zarządzać swoją kondycją. Jeśli zacząłby zbyt agresywnie, szybko opadłby z sił. A tego nie chciał nikt.
Ilość słów: 1290

Awatar użytkownika
Eirlys
Administrator
Posty: 53

ndz lip 08, 2018 8:59 pm  

Narrator

  Jak zwykle, Vrlika nie przestawała zaskakiwać: czy to chodzi o to, że połowa mieszkańców posługuje się językiem typowym dla elit, czy też o to, że zaklęte przedmioty zdawały się być obowiązkowym wyposażeniem każdego szanującego się domostwa. Na nieszczęście Sechmanna, mężczyzna nie miał okazji podejść do wzbudzającego jego wątpliwości toporka i sprawdzić, czy owa broń rzeczywiście ma wykute na ostrzu ścieżki. Bazując jednak na swoim doświadczeniu w wiosce, nie uważał, aby było to zupełnie nieprawdopodobne. Ba, wymyślił nawet zgrabną teoryjkę tłumaczącą, czemuż to Annie przydałby się zaklęty przedmiot; mianowicie wiadomo było, że słabi ludzie, nawet jeśli w przeszłości pertraktowali z Pierwszym, potrzebowali czegoś do ochrony w razie mniej lub bardziej uzasadnionego gniewu tak potężnej istoty. W dodatku Krtań uznał, że to sam Pierwszy mógł wyuczyć wieśniaków sanctinu, co zapewne ułatwiło wzajemną komunikację. Były to wnioski, które w każdym innym miejscu mogły się wydawać zbyt śmiałe, ale nie we Vrlice. Tutaj wszystko było możliwe, niestety – wszystko, co było złe i niebezpieczne. Nawet na pozór cywilizowana rozmowa z przywódczynią starszyzny prędko przeobraziła się w potok gróźb i niezgrabnych uników kobiety, która wciąż zasłaniała się tłumaczeniem, że wisielcy wcale nie zostali zamordowani. Chociaż nie powiedziała, że w to wierzy, dała jasno do zrozumienia, że nie interesuje ją prawda. W dodatku wydała się sądzić, że drwal na wyraźne polecenie starszyzny wyrzuci z chaty Egzarchę, co z kolei kazało wątpić w jej ocenę rzeczywistości i zdolność do myślenia krytycznego. Wszak co jak co, ale krwawy wierszyk przeraził Holgera na tyle, by temu zależało na bliskim towarzystwie kogoś obeznanego w walce. Zwłaszcza że nikt z wioski, nawet gdyby miał odpowiednie umiejętności, nie był raczej skory do pomocy.
  Vitav wysłuchiwał kolejnych rewelacji wypowiadanych przez starszą, niezmiernie męską kobietę, czując, jak już i tak skąpe pokłady jego cierpliwości topnieją z każdym jej słowem. Przestał się nawet starać utrzymywać niewzruszoną minę, przewracaniem oczami dając znak, że oto jego zawieszenie niewiary zostało nadużyte, ba, zgwałcone wręcz w trakcie tej rozmowy. To coraz bardziej irytowało Annę, która jednak nie zrobiła nic, aby dać upust swej wściekłości. Wkrótce podreptała na korytarz, a gdy znalazł się tam i Egzarcha, do głowy Krtani wpadł kolejny dość dziwny, ale we Vrlice wcale nie aż tak nieprawdopodobny pomysł. Mianowicie, mężczyzna pomyślał, że pomiędzy piwnicą pięknego domostwa jak i piwnicą opuszczonej chaty może znajdować się połączenie. Była to myśl śmiała, jednak to dopiero kolejna, w której to Waldgrosseńczyk porównał staruszkę do szczura, wywołała uśmiech na ponurej do tej pory twarzy samozwańczego detektywa.
  Przyzwyczajony do wrogości Vrlikanów Vitav niewiele sobie robił z nienawistnych spojrzeń i niedyskretnych poszeptywań za plecami. Wszak był czas już przywyknąć do tego, że tutejsi ludzie są ksenofobiczni i uparci w swoich przekonaniach. W dodatku wielu z nich było wyjątkowo wścibskich, na przykład przysadzista jasnowłosa, która musiała rozpaplać już dookoła, że przybysz odwiedził Annę. Sechmann podejrzewał nawet, że kobieta co nieco zdołała podsłuchać, a czego nie podsłuchała, to zapewne dośpiewała sama, kierując się własnym rozsądkiem, co w tej osadzie znaczyło, że niewiasta mogła stworzyć w swej głowie wyjątkowo cudaczną historię, która mogłaby konkurować z nawet najbardziej fantastycznymi baśniami o elfach.
  Tymczasem doszło do ponownego spotkania z pomocnikiem drwala. Timm, jak można się tego było spodziewać, czekał w umówionym miejscu. Stał pod sklepem Kristy i sądząc po jego rynsztunku, był więcej niż gotowy do treningu. Dodać do tego było jeszcze zachwycone spojrzenie rudowłosej młódki i oto przed Vitavem stał imponujący sylwetką, wyprostowany niczym struna pomimo ciężkiej siekiery na plecach przystojny młodzieniec. Oczywiście Egzarcha nie oceniał chłopaka w kategoriach atrakcyjności, nie mógł jednak nie zauważyć, że wyglądał na silnego i dość zwinnego, co mogło się przydać w nie tak dalekiej przyszłości.
  – Tak, nawet po drodze słyszałem, że dopuściłeś się wyjątkowej bezczelności, wpraszając się do domostwa samej przywódczyni i w kłótni trzaskając drzwiami i oknami –rzekł Timm od niechcenia, wzruszając ramionami nad głupotą historyjki zrodzonej w wyniku plotki. Kolejnych słów mężczyzny pomocnik drwala wysłuchał z taką uwagą, jakby słuchał kazania kapłana. Pokiwał gorliwie głową i wybełkotał niepewnie „Tak jest”, jakby był wojakiem, a Krtań jego dowódcą. Potem zaś wyraźnie ucieszył się z pochwały jego gotowości i chęci do odbycia jak najszybciej treningu, zupełnie jak psiak złakniony pieszczoty pana. Potem już, gdy obaj przeszli do płachetka ziemi za sklepem, młodzik zachowywał się już bardziej rozważnie i starał powściągać emocje. Widać było, że chce maksymalnie wykorzystać szansę do poćwiczenia sztuki walki mieczem.
  Tymczasem Sechmann wykorzystał tę krótką chwilę przechadzki na zadumę nad własnymi doświadczeniami. Pokuta wiernie mu służyła do tej pory, ale czy w starciu z mordercą lubującym się w wyrywaniu serc i wieszaniu ofiar również się spisze? W zamyśleniu Egzarcha przelał część energii w ostrze, szybko jednak się zorientował. Zaśnieżone podwórze na tyłach sklepu w tej opuszczonej przez Onych wiosce nie nadawało się do trenowania nieobeznanego z magią młodzika zaklętym przedmiotem. Mężczyzna zauważył, że skrzynka stojąca wcześniej przy murze została sprzątnięta i w tym samym czasie otrząsnął sięm postanowiwszy zacząć trening. Poinstruował Timma, w jaki sposób trzymać miecz – jak się okazało, nawykła do siekiery dłoń Nerdijczyka szybko sama zmieniła chwyt, nawet bez wskazówek Sechmanna. Przynajmniej jedną rzecz Holger zrobił dobrze, a jak się miało później okazać, drwal zaznajomił swego pomocnika na tyle dobrze z mieczem, by ten mógł prędko dostosowywać się do poleceń Waldgrosseńczyka. Młodzik co prawda nie był wybitnym szermierzem, na szczęście jednak brakowało mu toporności typowej dla początkujących.
  W końcu starszy mężczyzna uznał, że jego tymczasowy uczeń jest gotowy do dalszej części. Przygotował się do obrony i nakazał Timmowi uderzyć. Chłopak przełknął ślinę, poprawił ułożenie miecza w dłoni – mimo że jego chwyt już i wcześniej był prawidłowy – i ruszył. Ciął ukośnie od góry w lewe ramię Vitava, jednak tuż przed zadaniem ciosu wyhamował i zmniejszył siłę ataku. Wkrótce potem stało się to regułą – chłopak od czasu do czasu wpadał na dobre pomysły, próbując błyskawicznie wykorzystywać reakcje Sechmanna tak, by za każdym razem celować w inną część jego ciała, ze szczególnym uwzględnieniem rąk i ramion mężczyzny, ale sam marnował owe szanse, to zwalniając, to zmniejszając siłę pchnięcia. Po kilkunastu minutach dyszał ciężko, a jego czoło zrosił pot. Nie prosił jednak o przerwę. Machnięciem głowy odgarnął z czoła zlepioną potem grzywkę i spojrzał mrocznym wzrokiem na swego mentora i przeciwnika w jednym. Nagle spiął się raz jeszcze, z pełnym impetem ruszając na Vitava. Początkowo wydawać by się mogło, że chce ciąć z góry, w ostatniej jednak chwili zmienił atak, powielając swoje początkowe cięcie. Egzarcha ledwie zdołał sparować atak, a stal starła się z głośnym szczęknięciem.
Ilość słów: 1338

Awatar użytkownika
Vitav  
Administrator
Posty: 162
Miano: Vitav Sechmann
Pochodzenie: Królestwo Waldgrossen
Karta Postaci: http://novrahi.pl/viewtopic.php?f=14&t=149
Narrator: Eirlys
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 15/15
Korony: 47
Szylingi: 0
Pensy: 0

pn lip 09, 2018 7:50 pm  

  Sechmann tylko głęboko westchnął, gdy Timm podzielił się z nim błyskawicznie roznoszącymi się plotkami. Właściwie to nie "roznoszącymi się", bo nie roznosiły się przecież same – te ziarna przepełnione niedomówieniami, przebarwieniami i w większości przede wszystkim kłamstwem, rozsiewała otyła blondynka, która właśnie zdołała zajść za skórę synowi Roderyka. A Krtań był przecież personą nad wyraz cierpliwą, przymykającą oko na ludzkie przywary i błędy. Jednak tego znieść nie mógł. Plotkarstwo było czymś, co wywoływało w Vitavie wstręt – choć przyznawał, że niekiedy było przydatne. Działo się tak jednak tylko i wyłącznie wtedy, kiedy paplanina wieśniaków zawierała więcej prawdy, niźli kłamstwa, a o to... O to było już ciężko.
  Pierdolenie — powiedział przez zęby. — Jakbym się już zdenerwował, to ten zakuty, ni to chłopski, ni to babski ryj wyleciałby przez to okno, które coś prawie wybiło. A do domu sama mnie wpuściła. Ale coś ukrywa, coś siedzi w jej piwnicy i nie lubi hałasu. Raczej nie są to psy — dokończył, będąc już w ruchu, bowiem w końcu kierował się na tyły podwórka Kristy.
  Zapał młodzieńca wywołał w Sechmannie mały podziw. Chłopak dobrze znał podstawy – znaczy się, że nie kłamał kiedy opowiadał, jak to Holger nauczył go tego i owego. W tej chwili Krtań był drwalowi wdzięczny za to, że nie musiał od podstaw przygotowywać jego pomocnika. Bo ten już i tak dobrze sobie radził z chwytem i postawą.
  Początkowo Vitav po prostu blokował, przesuwał się na boki i odskakiwał od ataków młodzika. Obranie tak aktywnej formy treningu okazało się jak najbardziej korzystne – zarówno dla Sechmanna, jak i Timma. Egzarcha mógł w końcu rozruszać zmarznięte kości i przypomnieć sobie jak to jest pozostawać w defensywnie, a Nerdyjczyk starał się ów defensywę przełamać. Ciężko było odmówić mu zmyślności i sprytu – brakowało za to finezji. I dobrze — pomyślał Krtań. — Ma siekać na kawałki, a nie robić piruety i dać się pochlastać przy pierwszej lepszej okazji.
  Wytrwałość podopiecznego Riedla raz jeszcze wywarła na Sechmannie wrażenie. Mimo oblewającego go potu i nierównego już oddechu, Timm stał na obu nogach. Całkowicie pewny siebie, skupiony i gotowy do szarży. Nie prosił o chwilę wytchnienia, nie chciał napić się wody, nie pragnął dać swym mięśniom choćby parunastu sekund odpoczynku. W pewnym momencie po prostu wyskoczył przed siebie, w pewnym sensie zaskakując Krtań, który ledwo był w stanie sparować tak silny i nagły atak. Nie spodziwał się po wymęczonym chłoptasiu takiej siły – a jednak, stało się. Ostra znów się skrzyżowały, stal uderzyła o stal wydając głośne szczęknięcie. Pozostawanie w takiej pozycji zawsze było złym pomysłem, toteż Vitav nie zamierzał siłować się z chłopakiem.
  Szybko zmienił środek ciężkości z prawej nogi na lewą, pozwalając przy okazji ostrzu Timma przesunąć się po Pokucie. Przechylił miecz w taką stronę, by broń oponenta zjechała na bok, a ten napierający z całych sił, poleciał przed siebie razem z nią. Syn Roderyka w tym momencie odskoczył na bok, celując płaską stroną ostrza w plecy Timma. Oczywiście nie chciał go mocno zdzielić – nic z tych rzeczy. Na celu miał jedynie ukazanie młodzikowi, że samą siłą nie da się nic zdziałać. Owszem – moc mięśni potrafi przeważyć losy niejednej bitwy, ale to nie ciało, acz umysł wygrywał wojny.
  Raz jeszcze muszę cię pochwalić. Początkowo nie podejrzewałem cię o rzeczywiste doświadczenie w walce. Ale już to, jak chwytałeś za miecz uświadomiło mnie, że Riedl rzeczywiście musiał cię szkolić. A teraz tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziłeś. Daj ciału wypocząć. Ja swoim kościom muszę też. Zaskoczyłeś mnie tym ostatnim atakiem — pochwalił Timma, a barwa jego głosu stała się jakby cieplejsza. Oczywiście gardziel Vitava nadal spowijała chrypa, a to co się z niej wydobywało przypominało bardziej burczenie, tak teraz po prostu czuć było w nim przyjazne nastawienie. — Zaraz przećwiczymy bloki.
  Oparł się na moment o ścianę budynku i zamknął oczy. Zaczął równomiernie oddychać, starając się na powrót złapać jeden rytm i uspokoić swoje rozgrzane ferworem walki ciało. Otarł pot z czoła i głośno westchnął.
  Powiedz, jak odzyskasz wystarczająco sił. Wbrew pozorom defensywa jest bardziej wymagająca, niż atak.
Ilość słów: 801

Awatar użytkownika
Eirlys
Administrator
Posty: 53

wt lip 10, 2018 6:33 pm  

Narrator

  Historyjka rozpowiadana dookoła przez otyłą blondynkę, nie zirytowała Sechamnna aż tak, jak się można tego było spodziewać. Wszak był to mężczyzna cierpliwy, a w dodatku przez te parę dni pobytu we Vrlice nawykły do plotkarstwa połączonego ze skrytością, które cechowały mieszkańców wioski. Ezgarcha pozwolił sobie jedynie na upust złości, jeśli chodzi o zachowanie Anny. Timm wysłuchał krótkiej tyrady bez słowa, widać było jednak, że nie spodziewał się aż tak agresywnych, brutalnych słów. Co prawda przywódczyni starszyzny nie była ani sympatyczna, ani też ciężko było o niej powiedzieć, by wzbudzała inne pozytywne uczucia, nie było jednak wątpliwości, że była najważniejszą osobą w całej osadzie. Ktoś taki mimowolnie wzbudzał respekt, toteż deklaracja, że Vitav pod wpływem zdenerwowania byłby w stanie wyrzucić ją przez okno, musiała być zaskakująca dla młodzika. Jeszcze bardziej zbaraniał, gdy usłyszał, że według starszego mężczyzny kobieta coś ukrywa. Pomocnik drwala już wcześniej wyrażał wątpliwości co do natury działań starszyzny, widać jednak było, że takie oskarżenia wprost stanowią dla niego pewnego rodzaju tabu.
  Wkrótce chłopak miał okazję zaprezentować swoje umiejętności. Tutaj nastąpiła chwila wyczekiwana przez Sechmanna od czasu, gdy przekroczył próg domostwa Anny – wreszcie ktoś go nie okłamał. Timm rzeczywiście miał okazję potrenować, o czym świadczył pewny chwyt dłoni i technika może nie wykwintna, ale skuteczna. Wiadomo było, że Egzarsze zależy na rzeczywistej pomocy w razie starcia z tajemniczym mordercą, a nie zbieraniu uczestników do pokazów artystycznego fechtunku. Niech paniczykowie wykonują piruety i zamaszyste ósemki mieczem, we Vrlice wystarczy, by młodzian był w stanie obronić siebie i tych, którzy sami tego nie potrafią, na przykład dwie bezbronne niewiasty. Skonstatowawszy, że Timm nie jest nieznającym rzemiosła żółtodziobem, Sechmann odkrył, że trening jest niezmiernie przydatny również dla niego. Nie tylko rozgrzał swe może nie stare, ale na pewno nie nawykłe do tak przejmującego zimna kości, ale i przypomniał sobie techniki defensywy. A Vitav nie musiał zdobywać się na ponadprzeciętną przenikliwość, gdy przewidywał, że to drugie bardzo może mu się przydać… Wszak nie dlatego miał spędzić noc w domu Kristy, że jej córka zrobiła na nim wrażenie swoją urodą, ale dlatego, że podejrzewał, że niewiasty mogą być niebawemw dużym niebezpieczeństwie.
  Tymczasem syn Kabira po raz kolejny pozytywnie zaskoczył Krtań. Mężczyzna co prawda odczuwał potem ból, jaki wywołuje nagłe przeciążenie mięśni po tym, jak w ostatniej chwili udało mu się unieszkodliwić cios, ale to jeszcze potęgowało podziw Waldgrosseńczyka dla postawy młodzika. Timm nie tylko był wytrwały i silnie zmotywowany na wyciągnięcie z treningu tyle, ile tylko się da. O nie, pomocnik Riedla miał w sobie dość sił, by bez żadnej chwili wytchnienia zdobyć się na atak nie tylko potężny, co też przemyślany.
  Vitav rozumiał, że nie może pozwolić młodzikowi na zachowanie przewagi. Nie chodziło o dumę, ale Sechmann zrozumiał już, że jego młodociany przeciwnik ma dość siły, by wykorzystać sytuację. Przy tym Egzarcha miał doskonałą okazję, by nauczyć kolejnej rzeczy swego tymczasowego ucznia – przewagi bystrego umysłu nad najsilniejszym nawet ciałem. Zastosował więc manewr o tyleż prosty w swej istocie, co diabelnie sprytny. Nie musiał marnować cennej energii, by odwrócić sytuację. Timm nie zorientował się na tyle szybko, by uśmiech triumfu, który pojawił się na jego twarzy, został zastąpiony przez inny grymas, a już leżał na ziemi. Biały puch łaskawie przyjął ciało młodzika, a dookoła wzbiły się tumany śniegu, na chwilę przysłaniając wszystko. Gdy płatki z powrotem osiadły, młodzik był już na nogach. Nie wydawał się zażenowany swoją przegraną, za to zmierzył Sechmanna wzrokiem tak bardzo przepełnionym podziwem, jakby ten właśnie mu powiedział, że przejął władzę nad światem i został wybrańcem Onych. W tej sytuacji pochwała z ust Vitava urosła do wręcz niewyobrażalnej rangi. Timm skromnie spuścił oczy niczym nieśmiała młódka.
  – Kiedyś Holger częściej dawał mi oręż do walki. To było wtedy, gdy bywał jeszcze trzeźwy. Od czasu do czasu jeszcze później zdarzało mu się, zazwyczaj wtedy, gdy całymi dniami chodził chmurny, że poganiał mnie na podwórze i zmuszał do ćwiczenia. Nie zawsze jednak był… w stanie ocenić moją walkę, bo sam ledwie stał na nogach. Ostatni dobry trening odbyłem chyba krótko po tym, gdy Juna pogrzebała swojego ojca – powiedział młodzik ze smutkiem w głosie. Widać było, że aż palił się do walki i ubolewał nad tym, jak rzadko miał okazję jej zasmakować. Tym większą więc radość wywołała w nim wzmianka, że zaraz przećwiczy bloki. Nawet pomimo tego, że przyjazny ton Vitava brzmiał bardziej jak burczenie, Timm wyraźnie się rozpromienił. Początkowo nawet chciał zaproponować, by od razu przeszli do kolejnego etapu treningu, ale zrezygnował i zamiast tego zapytał, mając wrażenie, że oto nawiązał więź z Egzarchą:– Czy uważasz, że Juna i Janik… Poznałeś go, prawda?
  Niewypowiedziana, ale wyraźna obawa młodzika zawisła w powietrzu. Chłopak nie był w stanie wykrztusić z siebie swoich wątpliwości, ale Sechmann, znając już nieco dynamikę relacji Juny z oboma Vrlikanami mógł się domyślić, o co pyta go jego niezbyt doświadczony sprzymierzeniec.
Ilość słów: 958

  •   Informacje
  • Kto jest online

    Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości